Dziennik 2004-2005

19 marca 2005, 12:00
Zapiski z krótkiego pobytu w Londynie.

Piękny, duży ogród (nie park, właśnie ogród) przy Villiers Street.
Miejsca takie jak to pozwalają uczynić dzień powszedni subtelniejszym. Pozwalają - nie czynią. Wysubtelnienia musimy dokonać sami.

Przy bramie na ławce obozuje bezdomny wariat, na mój widok mruczy coś o wojnie na Falklandach, w której ponoć był ranny. Potem krzyczy, że mnie nienawidzi - pewnie dlatego, że mam na sobie garnitur, a w ręku teczkę, przez co wyglądam jak tysiące przemierzających o tej porze Londyn młodych mężczyzn w szarych garniturach.

Najbardziej samotni rozmawiają ze wszystkimi. Ci, którzy nie gadają z nikim nie dosięgnęli jeszcze dna samotności.

Dwie staruszki, pamiętające na pewno bombardowania Londynu z 1940 roku, wpatrują się z radością w porastające gęsto trawnik krokusy, białe i fioletowe. Nawet o krok od śmierci ludzie cieszą się wiosną.

Chodzę po wieczornym Londynie, nie wyróżniając się niczym poza kiepską fryzurą z tłumu wracających z pracy urzędników i pracowników najemnych średniego szczebla. Fakt, że ja w zasadzie również wracam z pracy, tylko dodaje sprawie pikanterii. Czuję się jak oszust, jak zboczeniec, który sam w domu, przed lustrem przymierza staniki i sukienki swojej żony. Gdy w standardowym, szarym garniturze, z torbą na laptop, proszę o coś w sklepie, sprzedawczyni podnosi wzrok, zdziwiona obcym akcentem ("not slavic, just weird"). Gdy w luźnym ubraniu, z planem w dłoni i plecakiem pytam o coś - dziwią się, że w ogóle mówię po angielsku.

Mój ulubiony rodzaj barów - miejsca, w których można usiąść na wysokim stołku przy wychodzącej na ulicę witrynie. W "Cinammon bar" siedzę przy trzecim kieliszku chardonnay, przy szybie, która stała się błyszczącym ekranem, pokazującym mi ludzi na skrzyżowaniu Exter i Strand.
Właśnie przejechała nieprzyzwoicie, amerykańsko długa, biała limuzyna. Wyobrażam sobie, że w środku, zamiast barokowego jasnoskórzannym luksusem wnętrza, stoją przyśrubowane do podługi, twarde ławki, pomalowane brudnoniebieską farbą olejną. W tak długim samochodzie zmieści się spokojnie siedem, może osiem rzędów. Na tych ławkach zasiadają, po czterech w rzędzie, Wietnamczycy w identycznych mundurkach, wyprostowani, ręce trzymając karnie na kolanach, wpatrzeni przed siebie.
A biała, lśniąca limuzyna cicho sunie po ulicy, słychać tylko stłumiony szum opon na asfalcie, błyszczą chromowane okucia i zderzaki.

19 marca 2005, 10:00
Tekst poniższy napisałem do ś.p. "Życia", które w międzyczasie upadło. W "Życiu" pewnie i tak by nie poszedł... Esej ten, napisany kilka miesięcy temu zamknął dla mnie okres zajmowania się śląskością, Śląskiem i sprawami narodowości. Nie są to dla mnie problemu na tyle intelektualnie stymulujące, aby przylgnąć do nich, jak do innych.

Jak nie zostałem Polakiem - narodowość jako akt woli.

        Ludzie dorośli, dumni ze swego sprytu, pytają swe dzieci, licząc na konfuzję, jaką mogą wywołać tym podchwytliwym pytaniem: kogo bardziej kochasz, mamę czy tatę? W podobny sposób, od stu z okładem lat, dwa wielkie narody, tata - Niemcy i mama - Polska, pytają Ślązaków: kogo bardziej kochasz, tatę czy mamę?
        Tymczasem, przynajmniej w tym przypadku pytanie jest źle zadane, gdyż powinno brzmieć: kogo bardziej nie cierpisz, Polaków czy Niemców? A Ślązak, jak dobrze wychowane i ułożone dziecko a rebours, odpowiedzieć może, że nie cierpi ich tak samo, ale za to bardzo mocno. Jako, że rodzice nie mieszkają ze sobą, zasadniczo bardziej nie lubi się tego, z którym się mieszka.
        Rezygnując z rozciągania powyższej metafory ponad miarę: obie strony podzielają w zasadzie dwa założenie, leżące u podstaw owego nieszczęśliwego pytania. Pierwsze zakłada, że człowiek, w tym wypadku mieszkaniec Śląska (przez cały ten tekst, pisząc "Śląsk", mam na myśli Śląsk Górny. Dolny Śląsk jest już wyłącznie nazwą krainy geograficznej), może być albo Polakiem, albo Niemcem. Skoro Śląsk leży na pograniczu tych dwóch potężnych narodów (bo któżby zawracał sobie głowę Czechami?), to opcje narodowe są dwie, nie ma innych, ani tym bardziej pośrednich. Drugie założenie jest ważniejsze. Otóż dla obu stron sens owego plebiscytowego pytania nie zakłada się na skłonieniu pytanego do wyrażenia swej woli: "kim chcesz być, Polakiem czy Niemcem". Jest to raczej pytanie-probierz. Obie strony przemilczają, pobrzmiewający gdzieś w groźnym spojrzeniu wstęp: "Jesteś Niemcem/Polakiem. Pytamy cię teraz: czy przyznajesz się do swojej niemieckości/polskości, czyś raczej zdrajcą i zaprzańcem?" Nic dziwnego zatem, że tak wielu starszych Ślązaków na pytanie o narodowość reaguje alergicznie. Znana jest mi opowieść o pewnym Ślązaku, który podczas powstaniami zwanych polsko-niemieckich wojen o Śląsk, bez gadania strzelał z rewolweru w stronę wchodzących na jego plac Polaków z POWu lub Niemców z Selbschutzu , po równo i sprawiedliwie. Dzięki temu nikt nie miał okazji zadać mu owego fatalnego pytania, zaś rewolwer gwarantował że nikt nie spróbuje ukarać braku odpowiedzi. Zdjęcie owego Ślązaka wisi zresztą w moim domu na ścianie zarezerwowanej na portrety przodków.
        W spokojniejszych czasach naturalną reakcją z ponawiane tego nieszczęsnego pytania jest stwierdzenie "Jestem Ślązakiem". Za tym idą starania o zaistnienie w rzeczywistości oficjalnej, więc "zarejestrowanie narodu", próby wymuszenia uznania. Próby te doprowadzić mogą Ślązaka do desparacji - w końcu, nic dziwnego, gdy ciągle krzyczy już "nie jestem, nie jestem, nie jestem Polakiem" i notorycznie spotyka się z odpowiedzą "jesteś, tylko coś ci się pomyliło", lub "jesteś, tylkoś się Germanom sprzedał". Nie odróżniając się niczym od swoich ziomków, całym sercem popieram te działania. Gdy próbowano fałszować spis powszechny na zasadzie "nie ma takiej narodowości jak śląska, może pan tu podać polską albo niemiecką" zawrzałem z gniewu i oczywiście wraz z rodziną jestem jednym z tych 173 tysięcy, które zdołały wymóc na rachmistrzu wpisanie słowa "śląska" w odpowiednią rubrykę i uniknęły późniejszego wygumowania. A jednak, gdy ktoś używa zwrotu "naród śląski" analogicznie do wyrażenia "naród polski" lub "naród niemiecki", protestuję. Są Ślązacy. Ślązacy nie są Polakami ani Niemcami. Jednak Ślązacy na razie nie stanowią narodu. Są nacją.
         Mimo, że szkolna wersja historii stara się wywołać taką iluzję, opowiadając jak to Polacy bili Niemców pod Grunwaldem, narody nie są tworem odwiecznym. Gdy na przełomie XVIII i XIX wieku w Europie poddani jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniali się w obywateli, z nacji, ludów, tworzyły się też narody. Dużo jednak czasu musiało minąć, by przynależność narodowa awansowała na najważniejsze zobowiązanie, jakie życie nakłada na człowieka. Marszałkowi Blücherowi, od subtelnego podejścia do strategii zwanemu "Marszałkiem Vorwärts" nikt nie robił wyrzutów, że za młodu, służąc w szwedzkiej kawalerii bijał Prusaków. Nie przeszkodziło mu to również stać się niemieckim bohaterem narodowym. Służba w armiach obcych monarchów dla oficerów jeszcze w czasach wojen napoleońskich była rzeczą tak naturalną, jak dzisiaj przejście menadżera z jednej korporacji do drugiej. Jednak napoleońska taktyka wojska złożonego z niewyszkolonych rekrutów sformowanych w głębokie kolumny, biegnących do ataku za Ojczyznę, okazała się skuteczniejsza od pruskiej taktyki żołnierza wyszkolonego jak przygotowujący się do skomplikowanego, choreograficznego układu tancerz. By napoleońska taktyka zdała egzamin, potrzeba rekruta. Potrzeba mnóstwo rekruta!
         Relacja poddany - władca jest de facto związkiem między ludzkim. Opiera się na pewnej wymianie, dlatego poddany zrobi dla swojego króla wiele, ale nie wszystko. Nie odda mu na przykład wszystkich sześciu synów do wojska. Władza królewska pochodzi od Boga - to ją uzasadnia i legitymuje, ale również ogranicza. Wystarczy jednak suwerenem w miejsce jednego, namaszczonego człowieka uczynić Naród. Relacja jednego człowieka z czymś tak ogromnym jak Naród nie jest relacją ludzką. Człowiek jest niczym wobec Narodu i dlatego wobec Narodu człowiek zobowiązany jest do każdej ofiary. Musi oddać nie tylko siebie, ale swoich synów, córki, dobytek, żonę na pohańbienie, wreszcie nawet swoje zbawienie, jeżeli Naród tego wymaga. Naród jest bytem nie tylko ponadjednostkowym - tym przecież jest także państwo, warunek cywilizacji - Naród jest czymś ponadludzkim, sakralnym. Jak zły, bezrozumny bożek żąda ofiar. Poddanym króla człowiek jest tylko jakąś częścią swojego jestestwa, jest to jedna z jego ról, obok np. bycia ojcem, szewcem, katolikiem i piwoszem. Bycie elementem narodu zajmuje osobę w całości. Wciąga, pochłania i zobowiązuje do wszystkiego. Nie jest to jeszcze kwestia przymusu zewnętrznego, jak w tyranii - przymus ten wypływa z człowieka. Jest tak głęboko zinternalizowany, w procesie chyba najpierwotniejszej socjalizacji (skoro nawet małe dziecko odpowiada na pytanie z wierszyka "Polak mały", skoro już sześcioletniego malca znakiem "Orzeł biały"), że wydaje się nieusuwalnym fatum.
         Śląskość jest natomiast pojęciem średniowiecznym. Śląskość jest nacją. Ślązacy, z racji zasadniczej plebejskości swojej kultury, może również z powodu rozbieżności między religią wyznawaną a religią panująca w państwie (od wojen śląskich), nie poddali się dziewiętnastowiecznej rewolucji narodowej, do jakiej doszło w Europie. Gdy wynaleziono Niemców w czasie wielkiego zrywu antynapoleońskich landwehr, nie stali się Niemcami. Gdy w 1848 odkryci zostali Czesi - nie stali się Czechami. Gdy przez cały XIX wiek w warsztatach powstań i wieszczów wymyślano Polaków, nie zostali Polakami. Prądom tym poddawały się jednostki - śląskie elity po części z niemieckojęzycznych Ślązaków, poddanych króla Prus, stały się Niemcami. Część Ślązaków, porwana szlachetnością polskich powstań stała się Polakami. Ale sam żywioł śląski, sama ludzka masa pozostała śląska, a więc beznarodowa, śląska, bo zakorzeniona w średniowieczu, nieświadomie konserwatywna.
         Zgodnie ze średniowiecznym modelem relacji jednostka - ogół, w miejsce wszechogarniającej przynależności narodowej, na Śląsku panowała - i po części panuje nadal - lojalność wobec Państwa. Lojalność ta zakłada poszanowanie prawa i instytucji, szacunek względem urzędników, wreszcie zaniechanie refleksji, na jakąż to wojnę Jego Cesarska Mość raczy wzywać. Lojalność ta nie jest ani bezwzględna ani absolutna - chociaż, paradoksalnie, przynależacym do narodów, wydaje się czymś przesadnym. Jakimż jednak poświęceniem jest punktualność, szacunek względem nauczyciela, tudzież podporządkowywanie się przepisom wobec ofiar, jakie ponosi się dla Narodu? Często lojalność wobec państwa ta jest rozumiana opacznie, jako zdrada wobec narodu - tak przecież często przedstawia się służbę Ślązaków w Wehrmachcie w czasie drugiej wojny światowej.
         W najlepszym razie owe wojenne losy Ślązaków przedstawiane są jako głęboko tragiczne. 1 września 1939 składająca się wyłącznie z Górnoślązaków mikołowska kompania batalionu ON "Katowice" pod dowództwem kpt. Tytusa Wikarskiego, zapisała piękną kartę, broniąc bohatersko wzgórza 341. Kompania straciła 50% stanu, mimo to prosiła by jej nie luzować, chcieli walczyć dalej. Ślązacy, wchodzący w skład polskiej 55 dywizji piechoty, bronili się przed 8 i 28 dywizją piechoty Wehrmachtu, które również rekrutowały się przede wszystkim ze Ślązaków. Niewątpliwe bohaterstwo żołnierzy Wikarskiego łatwo uznać Polakom - jednak służba Ślązaków w Wehrmachcie jest uznawana jako zdradę. Wrażliwsi na pogmatwane śląskie losy Polacy zauważą tragiczność tych wydarzeń - pod Mikołowem, tak samo jak później na froncie wschodnim, pod Monte Cassino (wielu Ślązaków służyło u Andersa, wielu również u fallschrimmjegrów), w Ardenach (gdzie walczył w zimie 44/45 mój dziadek, Oskar), brat strzelał do brata, jeżeli nie dosłownie, to blisko tej dosłowności. Dlaczego jednak nikt nie zauważa wzniosłości postawy, która każe wykazać się lojalnością wobec swojego państwa? Czy nawet po pół wieku tak trudno zrozumieć, że i ci służący w WP i ci służący w Wehrmachcie, mogli postępować słusznie, zgodnie z własnym sumieniem? Oczywiście, wojna '39 ze strony Niemiec nie spełniała żadnego z warunków wojny sprawiedliwiej, i historyczna słuszność niewątpliwie stała po stronie Polski. Jednak historia nie zna wojen obustronnie słusznych, i nie zna narodów, które nigdy toczyły wojen zaborczych. Takie wojny znajduje się jedynie w podręcznikach historii dla szkół podstawowych. Zaś konserwatywny poddany, zwłaszcza konserwatywny najdoskonalej, bo w naturalny, nieświadomy sposób, nie usiłuje zastąpić generałów i marszałków i nie ocenia zasadności i słuszności wojny. Na nich spada moralna odpowiedzialność za wywołanie wojny - honorem poddanego jest spełnić swój obowiązek.
         Śląska "beznarodowość" jest we współczesnym świecie postawą anachroniczną i znika w bardzo szybkim tempie. Podobnie jak w XIX wieku śląskie elity stały się Niemcami, tak dzisiaj część Ślązaków staje się Polakami, zaś część pozostaje przy swojej nacji, lub tworzy zręby rzeczywistości jeszcze nieistniejącej, tworzy naród śląski, którego jeszcze nie ma tak, tak samo jak np. w XVIII wieku nie było narodu czeskiego, byli tylko Czesi.
         Przyjęcie samego siebie do jakiejś narodowości jest aktem wyboru. Na Śląsku widać to najwyraźniej, gdy z dwóch rodzonych braci jeden został Polakiem, drugi zaś Niemcem. Tymczasem, w Polsce narodowość rozumiana jest jak coś przyrodzonego, jak kolor oczu czy profil nosa. Oczywiście, w zasadniczo homogenicznym narodowo kraju, rzecz może tak wyglądać. Nic dziwnego więc, że próby zarejestrowania narodowości śląskiej wywołały nieco nerwową reakcję, chociaż utrzymaną w żartobliwym tonie. Ktoś próbował ośmieszyć fakt przyznawania się do narodowości śląskiej próbą zarejestrowania narodowości pipsztyckiej, od Pipsztyc Dolnych, ktoś z kolei twierdził, że skoro Polak (mieszkający na Śląsku) może powiedzieć, że jest Ślązakiem i przez to być Ślązakiem, to on deklaruje, że jest Bantu. Wynika taka postawa z przekonania, że Polakiem człowiek się rodzi, tak jak rodzi się blondynem lub brunetem. Oczywiście, fakt urodzenia w polskiej rodzinie ma znaczenie fundamentalne i podstawowe dla wyboru narodowości - ale jednak element wyboru pozostaje, nawet u tych Polaków, którzy nie urodzili się na terenach kulturowo zróznicowanych. Wystarczy chociażby wskazać na ogromną rzeszę urodzonych w Polsce Amerykanów. Amerykanów polskiego pochodzenia - ale już Amerykanów. Zostali Amerykanami w akcie świadomego wyboru. Tak jak Napoleon w którymś momencie zrezygnował z młodzieńczych marzeń o powstaniu na Korsyce i wybrał bycie Francuzem. Tak jak Teodor Parnicki w dalekiej Mandżurii wbrew wszystkiemu postanowił zostać Polakiem.
         Dlaczego więc 173 tysiące Ślązaków nie wybrało polskości? Nie mogę odpowiadać za wszystkich, mogę jednak odpowiedzieć na pytanie: dlaczego więc nie jestem Polakiem?
         Warunki, aby Ślązacy stali się Polakami wydają się być najlepsze w historii. Śląsk od sześćdziesięciu, w części nawet od osiemdziesięciu z góra lat znajduje się na terenie jednorodnego narodowo polskiego państwa. Fakt, że przez pięćdziesiąt z owych sześćdziesięciu było to państwo wasalne, nie ma tutaj znaczenia. Pierwszy raz w swojej historii Górny Śląsk nie ma ciągłej, geograficznej łączności z Niemcami. Przez całą swoją historię Górny Śląsk był pograniczem Polski i różnego rodzaju państw z przewagą żywiołu niemieckiego (cesarstwa habsburskiego, Prus, cesarstwa niemieckiego, Republiki Weimarskiej, III Rzeszy). Nagle stał się krainą posiadającą co prawda niewielką niemiecką mniejszość, ale od Niemiec odciętą zupełnie. Niemcy na Śląsku są w diasporze. Dolny Śląsk, w całości zasiedlony przez Polaków, sprawił, że Górny Śląsk przestał być pograniczem w sensie kulturowym, pozostając jedynie "byłym" pograniczem. Geograficzna bliskość z Czechami zdaje się kulturowych konsekwencji obecnie nie przynosić żadnych, zwłaszcza od czasu, gdy zrównały się w Polsce i Czechach ceny alkoholu.
         Obracam się w polskiej kulturze, jestem w niej zanurzony, piszę po polsku, czytam polskie książki - w XIX wieku, w warunkach odmiennych, ale równie sprzyjających, cała praktycznie śląska elita stała się Niemcami. Nie nazwę tego "zniemczeniem", gdyż to ukochane słowo peerelowskiej propagandy i historii już nieodwołalnie kojarzyć się musi z jednej strony ze zdradą, odszczepieństwem i zaprzaństwem, z drugiej zaś ze strasznym, brutalnym przymusem, "pruskim knutem", Hakatą, Bismarckiem, Kulturkampfem i innymi zaklęciami, które wypełniały i wypełniają podręczniki, by zaklinać dziecięce umysły. Tymczasem proces ów był historyczną codziennością - jak Galowie stali się Rzymianami, Anglowie, Sasi i Normanowie zmieszani razem w celtyckim garnku dali Anglików, tureccy nomadzi zmieszani ze Słowianami dali Bułgarów, Akwitańczycy stali się Francuzami, zaś w maju 1945 wszyscy Niemcy mieszkający w Austrii jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienili się w Austriaków (nie kpię, sądzę, że naprawdę doszło do takiej czarodziejskiej przemiany), tak śląska szlachta i inteligencja w XIX wieku stawała się Niemcami. Proces polonizacji Ślązaków w drugiej połowie XX w. jest równie naturalnym procesem. Oczywiście, zanik odrębności kulturowej zawsze wywołuje nostalgię, jednak przenikanie, zlewanie i dzielenie się narodów jest stałym elementem historii.
         Pytanie brzmi, dlaczego proces ów przebiega tak powoli, słabo i powierzchownie. Odpowiedź jest prosta. Zwyczajnie, polskość nie jest już atrakcyjna. W wieku XVI Stanisław Orzechowski pisał o sobie "gente ruthenus, natione polonus". Ślązacy nie piszą o sobie dzisiaj "gente silesius, natione polonus" ponieważ polskość dzisiaj nie oferuje tego, co oferowała pięćset lat temu. W połowie XVI wieku Rzeczpospolita była potężnym krajem, lokalnym mocarstwem, ale to nie siła wojsk decyduje o wyborze narodowości. Polski był językiem który w Moskwie był językiem dworu, zaś w całej środkowowschodniej Europie był lingua franca, w którym korespondencję dyplomatyczną czy handlową prowadzili między sobą mołdawski hospodar z sułtanem tureckim. Stając się Polakiem, wstępowało się w polityczną wspólnotę ludzi wolnych - o ileż lepiej było być polskim szlachcicem, niż ruskim bojarem! O kulturowej potędze I RP decydowała właśnie żywotność i atrakcyjność tego politycznego narodu, jednego z pierwszych narodów Europy.
         Polskość nie musi być zresztą imperialna. W zasadzie rdzeń nowoczesnej polskości ukształtował się, gdy mocarstwowość była już tylko bladym wspomnieniem minionego złotego wieku. A jednak nawet w dobie najgłębszego upadku państwa, polskość przyciągała. Przyciągali do siebie bohaterstwem napoleońscy żołnierze, tak jak podziw budzić musiał ogrom wysiłku wojennego małego Księstwa Warszawskiego. Polskość była atrakcyjna w czasach Cudu nad Wisłą, Powstania Warszawskiego, Monte Cassino, Tobruku, Narwiku, Bitwy pod Anglię.
         Na "wolnym rynku" narodowości, poszczególne towary mają różną "grupę docelową", różne więc cechy decydują o ich atrakcyjności. Nie zostaje się Anglikiem z miłości do spontaniczności i wylewności, ani Francuzem z zamiłowania do porządku. Chateaubriand pisał o Polakach: "ci Francuzi Północy", w czasach kiedy jeszcze francuska myśl wojskowość nie była synonimem tchórzostwa, zachwycając się polską walecznością, której niewątpliwe dowody oglądał przez kilkanaście lat. I to właśnie ta opluwana i wyśmiewana polska ułańska fantazja, waleczność, romantyzm żołnierza - poety, to właśnie to potrząsanie szabelką, było głównym walorem polskośći. Przecież nie "polski most", tak jak nie "niemiecki post, włoskie nabożeństwo", bo "wszystko to błazeństwo", jak mówiło XVII-wieczne przysłowie.
         Dzisiaj o Francuzach, potomkach zwycięzców spod Lipska, Wagram, Marengo, Borodino opowiada się dowcipy o czołgu posiadającym pięć biegów do tyłu i jeden do przodu, na wypadek, gdyby trzeba się salwować ucieczką w przód.
         Podobnie naród, który wydał obrońców mikołowskiego wzgórza 341, dzisiaj, straciwszy w trwającej rok wojnie 17 żołnierzy (chwała ich pamięci!) z przerażeniem żąda wycofania swoich wojsk z Iraku. Przemówienie Becka z sierpnia 1939, wskazujące na hierarchię dwóch wartości - pokoju i honoru nie tylko zostało zapomniane - zostało wyśmiane i wyparte ze świadomości. Naród, który jako jeden z nielicznych w czasach II wojny światowej pozostał wierny swojej stronie, nie wydając zdrajców, dzisiaj na internetowych forach własnych żołnierzy nazywa bandytami i kibicuje wrogom. To już nie jest głupota, to zdrada. Jeżeli w XXI wieku Polak cieszy się ze śmierci polskiego żołnierza w Iraku, krzycząc na forum internetowym "śmierć polskim okupantom!", to nie jest już ważne jak odosobnione jest to zdanie. Skoro nie spotyka się z absolutnym społecznym ostracyzmem, skoro nie wyciąga się wobec niego karnych konsekwencji, to znaczy, że śmierć powstańców warszawskich, krew przelana w obronie honoru właśnie, rozlana została na marne i pięćdziesiąt lat po zakończeniu II WŚ desygnat pojęcia "polskość" jest czymś absolutnie odległym o desygnatu sprzed pięćdziesięciu, osiemdziesięciu czy dwustu lat. I taka polskość mnie już nie interesuje.
         Polakom przydarzyło się to, co przydarzyło się wszystkim narodom europejskim. Muzułmanie we Francji lub w Niemczech nie stają się Francuzami czy Niemcami, toczą raczej z Europą swoją cichą wojnę, w której główną bronią jest kołyska. Narody europejskie, między nimi Polacy, wyrzekły się swego narodowego charakteru. Zjednoczenie Europy nie odbywa się, jak chcieli jego ojcowie, na fundamencie wspólnoty chrześcijańskiej cywilizacji - zamiast wspólnotą wartości, Europa jest raczej wspólnotą pragnień i chuci.
         Naród amerykański, zawsze narodem był inaczej niż narody europejskie, gdyż stanowił bardziej wspólnotę polityczną, niż wspólnotę kulturową, historyczną czy społeczną. Dlatego zachował swoją żywotność i siłę przyciągania. Ale decydujące zdaje się być zachowanie narodowej mitologii - tak wyśmiewana w Europie wiara w "the american way of life", w selfmade-mana, wreszcie obecna wszędzie duma narodowa, publicznie, lecz naturalnie celebrowany patriotyzm. To dlatego Latynosi, dokonując swoistej rekonkwisty Ameryki Północnej, nie pozostają w diasporze, jak Arabowie we Francji, lecz stają się Amerykanami. Katolickimi, nawet hiszpańskojęzycznymi - ale Amerykanami. Nawet jeżeli za pięćdziesiąt lat USA będą miały dwa języki urzędowe, hiszpański i angielski, ciągle pozostaną amerykańskie. A tymczasem w Europie synowie Polaków, Niemców i Francuzów wybiorą sobie inną narodowość.

25 lutego 2005, 09:00
Fajny generał Bedeau

W ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat zatraciliśmy umiejętność szczegółowej oceny i klasyfikacji ludzkich charakterów, która w książkach Turgieniewa, sióstr Brontë, Dostojewskiego czy Hugo doprowadzona jest do mistrzostwa. Bohaterowie XIX-wiecznej powieści o swoich bliźnich potrafią rozmawiać jak o malarstwie, charakteryzując ich mniej, lub bardziej trafnie, ale nigdy w dwóch słowach. To samo zresztą odnosi się do fizyczności, o której nasi przodkowie mówili bez emocji, tak jak bez emocji można powiedzieć, że śląski gotyk ma swój urok, ale w wyrafinowaniu niewątpliwie nie dorównuje angielskiemu flamboyant, czy katedrom z Ile-de-France. Chateaubriand mógł pisać o swej kochance, że była raczej brzydka, chociaż urocza i powabna, czym pociągała mężczyzn.

Dziś z tajemniczych powodów, ludzie są jednym z bardziej wstydliwych tematów. Można oczywiście w nieskończoność rozwodzić się nad postępowaniem bliźnich, ale ich charakterystykę załatwia się najczęściej jednym słowem, mieszczącym się w obrzydliwie spolaryzowanym spektrum ocen. Ktoś jest "dobry", "zły", "fajna laska", "dość przystojny", "szpetny", "miły", "niesympatyczny". Tak jak utraciliśmy umiejętność czynienia z życia dzieła sztuki, tak utraciliśmy umiejętność właściwego przypatrywania się temu fascynującemu, złożonemu konglomeratowi uczuć, inteligencji, namiętności, zewnętrznego wyglądu, usposobienia, temperamentu i innych cech, jakim jest człowiek. Próby celnej charakterystyki bliźnich spotykają się z przyganą, podaną z jakże wyrafinowanym argumentem, "że nie należy osądzać". Można nawet pomyśleć, że tych, którzy zrządzeniem Opatrzności towarzyszą nam w naszych peregrynacjach po tym łez padole, traktujemy jak zmarłych - należy o nich mówić albo dobrze albo wcale. Szczycimy się naszą psychologią, tymczasem zamiast poświęcać czas tej szarlatanerii, lepiej poczytać Turgieniewa, więcej dowiemy się od niego o człowieku, niż od tych prostaków, którzy, w zależności od tego, do jakiej sekty należą, traktują człowieka jak prostą maszynkę reagującą na bodźce, bądź jako jeden wielki organ rozrodczy.

Nie potrafimy mówić komplementów, bo jakże można komplementować, nie dysponując w ogóle zestawem środków wyrazu, wykraczającym poza kilka superlatyw i nieco więcej inwektyw.
Czy można sobie wyobrazić człowieka, który po obejrzeniu kilku obrazów Caravaggia i porównaniu ich z obrazami Botticelli'ego jest w stanie stwierdzić tylko, że Caravaggie są ciemniejsze, niż te tam obok? Albo, po obejrzeniu "Straży nocnej" Rembrandta wydać sąd, że rama tego obrazu jest w kolorze złotym.
Oczywiście, że można sobie wyobrazić, nie sięga szczytów mizantropii stwierdzenie, że znakomita większość ludzkości nie byłaby w stanie zdobyć się nawet na taką refleksję.

Niestety, nasz stosunek do człowieka, który jest przecież dziełem dalece bardziej złożonym niż najbardziej tajemniczy obraz, nie wyłączając łamigłówek Boscha, przerasta taką krytykę artystyczną o klasę. W prostactwie.

Kogóż byłoby dzisiaj stać na powtórzenie za Tocquevillem:

"(...) bez wątpienia Bedeau nie był nieśmiały, ani w gruncie rzeczy niezdecydowany, bo gdy już powziął decyzję zmierzał do celu z wielką stanowczością, spokojem i odwagą, lecz umysł miał ogromnie metodyczny, ogromnie wobec siebie nieufny, bez cienia awanturniczości i najbardziej gnuśny, jak można sobie wyobrazić."

Człowiek XXI wieku po lekturze tego fragmentu "Wspomnień" zapyta: "No to jaki był ten Bedeau? Mądry czy głupi? Dobry czy zły? Fajny czy niefajny?". Straciliśmy subtelność, ludzi widzimy monochromatycznie, nie dostrzegając odcieni szarości - mało tego, nabawiliśmy się jakiegoś rodzaju intelektualnego daltonizmu, który nie pozwala nam dostrzec całego, przebogatego spektrum barwnych, ludzkich charakterów.
Pisze dalej Tocqueville:

"(...) Był poza tym człowiekiem sprawiedliwym, umiarkowanym, liberalnym i ludzkim, jak gdyby nie miał poza sobą osiemnastu lat wojny w Afryce: skromny, moralny, uczciwy, religijny i nawet delikatny - ten rodzaj porządnego człowieka, jaki bardzo rzadko można spotkać w wojsku, a także gdzie indziej. (...) Jedynym jego nieszczęściem było to, że wplątał się w przerastające go wydarzenia, że zachował godność tam, gdzie trzeba było mieć geniusz, ten szczególny geniusz rewolucji, który polega głównie na dostosowywaniu czynów do faktów i łamania rozkazów we właściwej chwili. Wspomnienia lutego 1848 roku zatruły życie generałowi Bedeau i zostawiły w jego duszy okrutną ranę (...).

Jak sądzisz, Drogi Czytelniku, czy generał Bedeau był fajny?

25 lutego 2005, 08:00
Charlie Chaplin w filmie 'Dyktator'Jeszcze o Hitlerze. Postrzega się często Adolfa przez pryzmat genialnego skądinąd filmu Charliego Chaplina, który wytyczył w zasadzie ścieżki szyderstwa dla całego Zachodu, trzymamy się ich do dzisiaj. Hitler jest w nich przedstawiony jako groteskowy, śmieszny i raczej żałosny dyktator.
To ogromny błąd. Hitler nie był groteskowy - do pociągnięcia za sobą takiego narodu, jakim byli Niemcy, potrzeba wiele więcej niż błazna. Zapominamy zupełnie o tym, o czym wspominają wszyscy, którzy z ónklem Adim zetknęli się osobiście - o magnetycznej charyzmie.

21 lutego 2005, 10:50
Dlaczego Hitler, nie będąc tak błyskotliwym strategiem i taktykiem, powtarza błąd Napoleona i w OKW trzyma takie miernoty jak generałowie Keitel i Jodl?
Napoleona talent taktyczny w pewnym sensie tłumaczy jego nieumiejętność doboru ludzi. Błąd Hitlera jest o tyle większy, że w 1810 roku Napoleon mógł brać prawie osobisty udział w każdej kampanii i osobiście dowodzić każdą bitwą. Dlatego jego dobór marszałków - którzy, wyłączając Davouta, byli jedynie sprawnymi wykonawcami woli Cesarza - miał jeszcze pewien sens.
Hitler, chociaż chciał, nie mógł osobiście dowodzić każdą z kilkuset dywizji.

Adolf Hitler Same zamysły strategiczne Hitlera zdradzają rozmach, niesztampowość i - nie da sięukryć - wydają się być sensowne. Dopiero ich realizacja zdradza, że ónkel Adi nigdy nie pozbył się perspektywy podoficera z okopów pierwszej wojny światowej. Fatalna w skutkach, a przy tym nieludzka, nieżołnierska i niemoralna decyzja o pozostawieniu armii Paulusa w Stalingradzie jest właśnie charakterystyczna dla mentalności niemieckiego podoficera. Feldfeblowi przystoi zatrzymać swoich przerażonych ludzi w okopie siłą woli i groźbą pistoletu, wymusić posłuszeństwo w myśl "jeżeli nie wróg, to ja was zastrzelę". Jednak, Naczelny Wódz nie może myśleć w takiej perspektywie, zatrzymując całą armię.

W czasie I WŚ za tchórzostwo rozstrzelano w armii niemieckiej 32 żołnierzy. W czasie II WŚ za to samo przewinienie rozstrzelano 13 000 Niemców. Czy w ciągu tych trzydziestu lat Niemcy stali się bardziej tchórzliwi?

Osobista odwaga Hitlera, której bez wątpienia mu nie brakowało (Eiserne Kreuz II i I klasy z okopów), połączona z niewątpliwą inteligencją i brakiem wojskowego wykształcenia, erudycji i ogłady, stworzyła wodza, który miał najgorszą cechę dowódcy - przekonanie, że wszystko jest kwestią woli. Hitler byłby świetnym dowódcą kompanii, swoim przykładem i niewątpliwą charyzmą mógłby dokonać cudów, dodając ludziom odwagi. Jako dowódca całych Niemiec, nie sprawdził się za nic, zarówno w perspektywie moralnej (jako zbrodniarz) i w perspektywie realpolitik - jako ten, który w dwanaście lat doprowadził do klęski i na zawsze pogrzebał Niemcy, które rodziły się bólach od wojen z Napoleonem po koronację w Wersalu w 1870 roku. Po 1945 roku Niemcy jako naród przestali istnieć.

25 stycznia 2005, 22:30
Wizyta w browarze w Żywcu. Maszyna do sortowania butelek. Umyte butelki jadą w karnej kolejce wąskim taśmociągiem, czujnik ocenia, czy butelka nie jest brudna lub uszkodzona. Przechodzące przez kontrolę, jadą dalej. Jeżeli jakaś nie zda testu, przesuwana jest na taśmę zwrotną, gdzie następny czujnik albo pozwala jej wrócić ponownie do mycia, albo, w przypadku butelek uszkodzonych, uruchamia ramię, które z trzaskiem strąca butelkę do kontenera na opadki, pełnego potłuczonego, brązowego szkła. Oto techniczna, komputerowa metafora eschatologii. Maszyna eschatologiczna.

18 stycznia 2005, 22:40
Lektury: "Rozważania o wojnie domowej" Jasienicy. Zaskakująco celne, spokojne i przenikliwe studium insurekcji wandejskiej, raczej socjologiczne. Jasienica zaskakująco łatwo i jakby mimochodem wychodzi wysoko ponad opisywany przez Fureta jako nieunikniony, spolaryzowany schemat, który przewiduje, że pisząc o rewolucji określamy się politycznie, czego rzekomo nie można uniknąć. Tymczasem Jasienica unika, nie przez przyjecie stanowiska umiarkowanego (znam ludzi fanatycznie umiarkowanych, okropny styl myślenia), lecz przez dystans.

Bodhidharma, pióra Miyamoto Musashi"Księga pięciu kręgów" Miyamoto Musashiego, w angielskim tłumaczeniu. Mieszane uczucia. Z jednej strony, bez wątpienia lepsze, ładniejsze i ciekawsze od przeraźliwie mętnej, bełkotliwej i błahej "Sztuki Wojny" Sun Tzu, co potwierdza intuicję, że japońskość to sublimacja chińszczyzny. Dobre, poetyckie tłumaczenie. Ale mając w pamięci Clausewitza, albo europejskie renesansowe traktaty szermiercze, trudno jakoś się zachwycić.
Bez wątpienia jednak zachwyca znana maksyma Musashiego, zgrabniejsza jakoś po angielsku:
"It is said the warrior's is the twofold Way of pen and sword,
and he should have a taste for both Ways. Even if a man has no natural ability
he can be a warrior by sticking assiduously to both divisions of the Way".


"Powiedziano, że wojownik powinien wykazywać się podwójnym smakiem, jako szermierz i artysta. Nawet jeżeli ktoś pozbawiony jest zdolności, może zostać wojownikiem, jeżeli gorliwie przylgnie do fechtunku i sztuki." - w moim tłumaczeniu.
Po co z uporem trzymać się japońskiej retoryki, w której zamiast powiedzieć, że coś jest złe lub niewłaściwe, należy napisać raczej, że dana czynność wzgardzoną jest przed Drogę Niebios. Przekaz staje się zaciemniony - a przecież wszelka literacka wartość i tak ucieka w tłumaczeniu kultury na kulturę, wszystko co możemy zrozumieć to treść, forma jest poza naszym zasięgiem, nie mamy narzędzi, aby ją ocenić, a tym bardziej docenić.

Umieć gustownie zabijać. Japończycy przed Meji to rozumieli, rozumiał to bez wątpienia byle fechtmistrz z XVIII wieku. Jak daleko nam do naszych przodków...

15 stycznia 2005, 12:30
Sobota, południe - dobra pora na myślenie. Agata w Świątyni Nabywania, na małym nabożeństwie ze swoją Mamą. Bez specjalnej intencji, po prostu rutynowy obrządek, który jednak podtrzymuje istnienie świata, trochę jak aztecka rutynowa ofiara z człowieka, bez której gniew bogów pozbawiłby świat kosmosu.

Azteckie wyrywanie serc stanowiło o w istocie silniejszej wierze w harmonię i porządek świata, niż wiara scholastyków i tomistów. Dla św. Tomasza harmonia była boska i potężna, oczywista, kształtująca i określająca rzeczywistość, dla Azteków była chwiejną ekwilibrystyką (język angielski zachował tutaj łacińskie słowo - equilibrium, równowaga), którą dopiero ludzie swymi ofiarami doprowadzali do stanu homeostazy, byli jej warunkiem koniecznym, najważniejszym trybkiem skomplikowanego mechanizmu homeostatu. Bardziej cenimy to, co nas wiele kosztuje - dlatego harmonia Azteków, wymagająca stałego wysiłku, podtrzymywana krwią, spływającą po stopniach ołtarza, krwią, wokół której ogniskował się społeczny i intelektualny świat tych Indian, była czymś większym niż zakorzeniona w transcendencji harmonia łacinników. Nasz świat na swoje barki wziął Bóg, to jego wola trzyma go przy istnieniu, istnienie świata Azteków spoczywało na nich samych.

Pisanie tekstów literackich wymaga zupełnie innego nastroju, niż chce tego esej. Literatura chce uniesień, pasji, ognia, miłości, zatracenia, balansowania. Esej, myślenie dyskursywne wymaga bezwzględności, chłodu, cynizmu, okrucieństwa i równowagi.

Lektury: "Promieniowania" Ernsta Jüngera, po raz pierwszy, "Wspomnienia" Alexisa de Tocqueville, po raz kolejny, wsparte "Dawnym ustrojem i rewolucją" i "Prawdziwym końcem rewolucji francuskiej" Fureta, oraz Andrzej Bobkowski, jednak nie "Szkice piórkiem", na które dopiero przyjdzie czas, lecz zapiski z transatlantyckiej, emigranckiej podróży do Gwatemali. Oraz, oczywiście, z "Pamiętnikiem zza grobu" stale obecnym w tle.

Jünger i Tocqueville stoją na dwóch przeciwnych biegunach stylu myślenia. Tocqueville zdziera liczne powłoki i misterne przebrania, aby odsłonić istotę rzeczy, ukrytą pod pozorami. Jünger, jak bohater bajki dla dzieci, w której głównym artefaktem jest czapka niewidka. Wyczuwając obecność Niewidzialnego, wylewa przed siebie farbę, która, zatrzymując się na materii schowanej przed wzrokiem, ale przecież istniejącej, nagle ujawnia oczom jej formę. Tocqueville obnaża ukryte, Jünger ubiera Niewidzialne w powłokę, dzieki której możemy dostrzec jego kształt. Obaj czynią to słowami, które muszą być tak różne, jak różni się dłuto rzeźbiarza od malarskiego pędzla, bo do różnych przeznaczono je czynności. Ogląd Tocquevilla jest pełniejszy, to co odsłonił widać znacznie lepiej, niż to co ubrał Jünger, jednak Jünger, którego ogląd jest niewyraźny, dotyka rzeczy ważniejszych.

5 stycznia 2005, 05:00 (!!!)
Agata: "Czytając ogłoszenia o pracy mam wrażenie, że w Anglii wszyscy umarli."

3 stycznia 2005, 08:30
Zawsze musi kiedyś nadejść ten moment, w którym utrwalony w głowie obraz pierwszej rozebranej dziewczyny przestaje być podniecającą wizją, a staje się pamiątką z przeszłości, którą oprawiamy w intelektualne ramki i stawiamy na półce ze starociami. Staje się pamiątką dziwną i śmieszną, jak pornografia sprzed stu lat, dziwne kobiety, dziwnie upozowane na zdjęciach w kolorze sepii, tak odległe i anachroniczne, że aż pozbawione seksualności, tak jak pozbawiony jest jej zimny marmur Wenus z Milo. Więcej erotyki jest na obrazie Cranacha, w którym z rozebranych kobiet Parys w groteskowej zbroi wybiera najpiękniejszą.
I tak chwila, w której oszałamiający rytm pulsował w skroniach, ciało poruszały pragnienia wcześniej nieznane, przerażające i pociągające w swojej potędze, chwila, w której świat nagle zapadał się, bo ona zsuwała bluzkę, a serce chciało wyskoczyć z wrażenia z piersi, staje się śmieszną pamiątką, tak odległą...
A przecież był to jeden z tych momentów, których dzianie się samo zawiera oczywistość trwania. Czy wiele jest takich chwil, w których mamy pewność, że na zawsze pozostaną z nami? A ile z tych, w których pewność mieliśmy, naprawdę z nami pozostało? Patrzymy wtedy na siebie samych z pewną tremą, bo nasze działania zapisują się nieusuwalnie - pierwszy raz dotykając nagich pleców młodej kobiety, mamy świadomość, że zapamiętamy dotyk jej matowej skóry.
Cóż za odpowiedzialność - lecz, cóż za kłamstwo! Owszem, tego się nie zapomina - ale jak bardzo czas zmienia naszą pamięć. Życie, płynąc, ubiera nasze wspomnienia w formy adekwatne do teraźniejszości. Porządkuje je, hierarchizuje, nadaje znaczenia, lub odbiera wartość.
Nasza pamięć ma tak niewiele wspólnego z prawdziwą naszą przeszłością, jest tylko bladym odbiciem tego co naprawdę było. Z każdą chwilą umiera, bezpowrotnie ginie jakaś cząstka nas z przeszłości, kawałek tego "JA" sprzed kilku lat, który właśnie przepuszczamy przez filtr nowej, aktualnej interpretacji. Sami wybieramy raczej platońskie cienie naszych wspomnień .
Czymże jest więc ciągłość naszego ja, naszej duszy, naszej świadomości? Jedyne, co łączy nas z nami z przeszłości, to łańcuch niekończącej się zmiany.
Pamięć jest jak zabawa w głuchy telefon.

3 stycznia 2005, 07:30
Zanotowane 17 września 1999.
"W cichych wnętrzach opustoszałego domu, który za dnia jest przytulnym i ciepłym schronem, azylem, którego miękkie obicia obejmują mnie i tulą, kojąc zmęczenie wilgotnych i zimnych ulic, a w nocy staje się miejscem ciszy i ciemności. Jest to czas, kiedy meble i domowe sprzęty zaczynają swoje sekretne życie, po służbie.
Jest za późno na telefon do Ciebie. Za późno nawet na rozespane zdziwienie rodziców, obudzonych hałasem, powstającym z konfrontacji żyjących w nocy mebli i zwierząt. Przekorny chochlik w głowie, który szepcze "nie śpij" zawsze wtedy, kiedy na sen jest czasu najmniej. Więc nie śpię. Uśmiecham się z przyjazną drwiną do siebie w lustrze, myślę o jutrzejszym poranku - zapiaszczonych oczach i bolącej głowie. Myślę chaotycznie - o rzeczach błahych i rzeczach wagi najwyższej. Czasem się modlę. Czasem wspominam - kiedy wpadnie mi dłoń stary list czy książka.
Czasem ogarnia mnie trwoga, czasem gniew. Czasem, zniecierpliwiony tym stanem absolutnej introspekcji, w której ze zdziwieniem spoglądam na moje dziwne poczynania, zaczynam znów myśleć i udaję się na spoczynek. Przed zaśnięciem do moje głowy przychodzisz Ty. Czasem razem z Nim. Najczęściej modlę się ze strachu i wdzięczności - boję się o Ciebie, dziękuję za Ciebie. Dziękuję za Dom cenniejszy od złota. Przepraszam za mój grzech główny, za pychę.
Siedzę na łóżku - kontempluję własne stopy."

3 stycznia 2005, 07:00
Rewolucja nie jest przewrotem politycznym. Można jednak postrzegać ją w kategoriach polityki, co oczywiste. Jednak, zbyt łatwo niedoceniać wtedy jej znaczenia. Rewolucja nie jest przecież tylko wymianą elit - jako taka, mogłaby jawić się jako zdrowy mechanizm oczyszczania, naturalnej selekcji, usuwającej elitę zdegenerowaną. Stereotypowy obraz zepsutej szlachty francuskiej z drugiej połowy XVIII wieku nie odbiega przecież daleko od prawdy, przynajmniej, gdy myślimy o Wersalu. Wersal Ludwika XIV i, po części, Ludwika XV były dworami zepsutymi, lecz zachowały majestat i siłę. Nie każdy władca może żyć i trzymać swój dwór w takiej dyscyplinie jak Filip II zamknięty pod kratą rusztu św. Wawrzyńca. Dla państwa jednak wystarczy, że władza wychodzić będzie z dworu jednym kanałem - jej wewnętrzne turbulencje nie mają znaczenia, póki ulica nie wątpi, że wewnątrz wszystko kręci się wokół jednego ośrodka - Boskiego Pomazańca. Siłę centralnej władzy osłabiać mogą w naturalny sposób tworzące się koterie, stronnictwa - lecz, zauważymy, dobrem, o jakie spierają się dworskie frakcje jest łaska Króla. W praktyce demokratycznej, partie, grupy nacisku, czy inne grupy interesu, walczą o realną władzę. Również na monarszym dworze, jeżeli monarcha jest słaby, koteria może posiąść władzę. Przy silnym monarsze, koterie walczą o względy Króla - nie o władzę, lecz o renty, nadania, ordery i towarzyski splendor. Demokraci zarzucają monarchii, że słaby władca może ją zniszczyć - i, w istocie, mają rację - wystarczy jednak zauważyć, że słaby władca niszczy monarchię, gdyż upodabnia ją do demokracji właśnie - oczywiście, bez symbolicznej otoczki, która ma dawać ludowi iluzję władzy (podczas gdy lud władzy nigdy nie pragnie - władza wymaga ascezy - lud pragnie chleba, igrzysk, kobiet i wódki), groteski wyborów, mediów, etc. To co jest występującą czasem przypadłością monarchii, jest istotą demokracji. I ciągle, nawet słaba monarchia, ze słabym monarchą, może być sprawna - jeżeli tylko któraś koteria zyska taką kontrolę nad monarchą, że władza wydostawać się będzie z dworu jednym kanałem. Jeżeli władza będzie miała sankcję boską - może być nawet nieudolna. Koteria rządzi w imieniu króla - a nawet najpotężniejsza partia rządzi z łaski tych, którymi rządzi.

W królewskim tronie, na uroczystej audiencji, może być miejsce dla suflera - wystarczy, że Król siedział będzie, dzierżąc insygnia swej władzy, pełen majestatu. Jednak, kiedy Król odda nie tylko realną władze, ale również jej pozory, monarchia musi upaść. Czyż nie tak działo się na dworze Ludwika XVI? Zbyt słaby na króla silnego, zbyt ambitny na marionetkę. Wychowany przez konserwatywnego ojca, delfina, lecz na dworze katolickim już tylko nominalnie - dziad, Ludwik XV przez lat 25 nie spowiadał się i nie przyjmował komunii, skasował jezuitów, otoczył się "filozofami". Rewolucja francuska na dworze Ludwika XV znalazła swoich ojców. I nie chodzi tutaj o Woltera - cynicy i arystokraci tej miary nie wydają takich dzieci, nie ci, którzy wolą raczej być rządzeni przez lwa ze szlachetnego rodu, niż przez tysiąc szczurów z własnego gatunku. Szczerymi demokratami bywają tylko ludzie naiwni - zaś człowiek, który zna potęgę kłamstwa, naiwniakiem nie jest. To na dworze Ludwika XV pojawiły się pierwsze pęknięcia w metafizyce władzy, stanowiącej w zasadzie metafizykę całej rzeczywistości społecznej, średniowiecznej w swojej istocie.

Carl Schmitt twierdzi, że władzę ma ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym, kto ma w ręku ultima ratio, i zapewne ma rację. Jednak, na płaszczyźnie metafizycznej, władzę sprawuje suweren - ten, z czyjego nadania rządzi dysponent ulitma ratio. Kiedy Napoleon przebywa w Moskwie, w Paryżu dokonuje się zamach stanu. Zamach stanu wymierzony w zwycięskiego do tej pory cesarza - w tym momencie dla opinii publicznej kampania rosyjska nie jest jeszcze klęską - lecz cesarz jest daleko, a nie jest suwerenem, jest tylko Cesarzem Francuzów. Nie włada Francją - włada Francuzami. Jest cesarzem z ich nadania, z ich łaski, przez pierwsze lata cesarstwa akty urzędowe podpisywane są przez wodza Republiki Francuskiej, Cesarza Francuzów. Sytuacja jest odwrotna niż w Rzymie - w Rzymie, fasadowość republiki, kryjąca władzę w istocie monarszą, boską - zaś Napoleon z republikańskiej fasady zrezygnował bardzo szybko, odwoływać się do niej począł znów w ciągu 100 dni - do końca panowania jednak pozostał hobbesowskim Lewiatanem - władcą z ludu. Pierwsze cesarstwo było pewną antycypacją "american dream" - skoro i syn bednarza może zostać marszałkiem. Dwór Napoleona był dworem monarszym - z nieskrywanym nepotyzmem, koteriami zażarcie walczącymi o łaskę Cesarza - lecz Napoleon nie władał z pałacu w Tullieres, lecz z wojskowego obozu. Grenadierzy gwardii kochali swojego cesarza nie dlatego, że był on boskim pomazańcem - przecież, nie tak dawno zamiast grenadierskich bermyc i rajtuzów nosili karmaniole i frygijskie czapeczki sankuilotów - kochali cesarza, bo był ich wodzem. Miłość do monarchy jest bezwarunkowa - car rosyjski mógł stracić swoją stolicę i ponosić w polu klęskę za klęską, a dla poddanych zawsze pozostawał boską emanacją, Chrystusem Pantokratorem stąpającym po ziemi - zaś Napoleon był władcą dzięki swym osobistym zaletom. Pokonany, traci serca Francuzów. Ci, którzy zostają przy nim, zostają nie wiedzeni metafizyczną wiernością poddanych do swego monarchy, lecz wiernością żołnierzy do swego oficera, który dzielił z nimi trudy i triumfy, porażki i zwycięstwa. Wierni do końca zostają nie ci, którzy widzieli przepych koronacji, nie ci nawet, którzy widzieli Napoleona triumfującego pod Austerlitz, lecz ci, którzy szli obok niego przez śniegi Rosji. Napoleon nie był monarchą, był wodzem.

Pęknięcia w metafizyce władzy dostrzegalne są tylko dla arystokratów - lud ich nie dostrzega, póki sam w nie nie wpadnie - ironia, subtelna aluzja, czy też znaczące milczenie dobre są dla markiza, czy hrabiego, biegłych w sztuce bon motu - zaś dla ludu trzeba naszyjnika pana de Rohan, czy też pomówienia królowej o lesbijstwo. Ludwik XVI nie był żadnym królem, gdy panował. Swej wielkości dowiódł podczas swych ostatnich dni życia. Wtedy też zasłużył na miłość swoich poddanych. Powstańcy z Wandei umierali za martwego już Ludwika XVI, gdyż jego głowa okazała się godna korony i świętych olejów - dopiero, gdy toczyła się po deskach szafotu.

Jakie postawy wobec kryzysu metafizyki może przyjąć konserwatysta? Fabrycjusz, książe Salina jest konserwatystą melancholijnym - przygnieciony ciężarem fatum, nie podejmuje walki. Jest "zbyt tchórzliwy, aby się bić, i zbyt gruby, aby uciekać", jak zdefiniował konserwatystów Jarosław Zadencki. Lampart nie odrzuca swego konserwatyzmu - jednak z pokorą przyjmuje rzeczywistość. Ne rzuca jej wyzwań - czy upokarza się przed nią? Ustępując nowemu ładowi, uosobionemu w nowobogackim plebeju, Don Calogero (którego nie stać nawet na napoleońskie "mój ród zaczyna się na mnie" i uparcie szuka herbowych przodków), nie odkłada swoich zasad. Dokonuje wyborów, kierując się rozsądkiem, nie zaś pryncypiami. Nie przyjmuje od nowej, sabaudzkiej dynastii zaszczytów, nie nazywa jednak Wiktora Emanuela uzurpatorem.

15 grudnia 2004, 22:24
Przyznaję - zazdroszczę Ukraińcom atmosfery patriotycznego uniesienia, wielkich słów wymawianych bez ironii, wreszcie - tego chyba najbardziej - poczucia siły, możliwości zmieniania świata. Na poziomie ludzi, którzy przekonani są, że swoim uporem zdobywają dla siebie wolność - to piękna rzecz.

Jednak atmosfera moralnego szantażu (cała postępowa ludzkość popiera Juszczenkę), jaką tworzy się wokół wyborczego zamieszania na Ukrainie staje się coraz bardziej nieznośna w swoim kabotyństwie. Kiedy Janukowycz zarzuca Kwaśniewskiemu mieszanie się do wewnętrznych spraw Ukrainy , wzruszamy ramionami, jednocześnie oburzając się głęboko, gdy Juszczenko mówi o Putina próbach wpływania na wynik wyborów.

Zaś Juszczenko od Janukowycza różni się orientacją na strony świata, niczym szczególnym więcej. Obydwóch popiera mniej więcej połowa ukraińskich wyborców, obydwaj korzystają z zagranicznej pomocy. Rozsądnym również wydaje się przyjąć, że obaj zrobią wszystko, by zdobyć władzę - cała ta ukraińska fiesta to próba sił. O tym zaś, kto i na ile sfałszował wybory, dowiemy się pewnie za pół wieku, bo takiej przynajmniej historycznej perspektywy trzeba, by dało się ujrzeć prawdę.

Zapytajmy zresztą samych siebie i spróbujmy sobie szczerze odpowiedzieć - skoro sztab Juszczenki już przed wyborami wiedział, że i tak wygra, a wybory zostaną i tak sfałszowane, to czy gdyby Janukowycz rzeczywiście wygrał, strona pro-zachodnia przyjęłaby to wtedy z pokorą, akceptując wolę ludu, tylko dlatego, że iluś tam mieszkańców Donbasu jednak zdecydowało się wstać z barłogów, włożyć kufaje i przejść się głosować? Skoro nie wierzymy już w Świętego Mikołaja, nie wierzmy też w inne bajeczki - Juszczenko nie walczy o demokrację, tylko o władzę, jak każdy w demokracji. Skończże więc, postępowa ludzkości, z odgrywaniem na użytek prostaczków demokratycznej szopki, jasełek praw człowieka, komedii moralności! Przyznajmy po prostu, że to polska racja stanu każe nam popierać Juszczenkę, nie jakieś etyczne, wyższe racje. Kwaśniewski ma dokładnie taki sam moralny czy polityczny mandat do popierania swojego kandydata, jak Putin do wspierania Janukowycza. W forsowaniu polskiej racji stanu nie ma nic nieszlachetnego, nieszlachetność natomiast kryje się niewątpliwie w kabotyństwie i fałszu, a niczym innym nie są radosne pielgrzymki całej polskiej klasy politycznej do Kijowa.

A Ukraińcom poradzić można, by zaraz po tym jak przenieśli na swój grunt doświadczenia polskiego okrągłego stołu , przyjrzeli się polskim komisjom śledczym. Za kilka lat bez wątpienia będą takich instytucji potrzebować, bo tak to już bywa z odzyskaną "wolnością".

14 grudnia, 2004, 00:40
Szabla AnXI - przepisowa szabla lekkiej kawalerii, m.in. na wyposażeniu Pierwszego Pułku Lekkokonnego Gwardii. Dobry jest moment, żeby przypomnieć - sto dziewięćdziesiąt sześć lat i dwa tygodnie temu, świeży i nieostrzelany pułk szwoleżerów, do tamtego dnia na wyrost nieco mianowany częścią gwardii, pogardzany przez innych, doświadczonych gwardzistów, jedną brawurową szarżą zapewnił sobie szacunek starszych kolegów, pamięć potomnych, nieśmiertelną legendę i opinię wariatów. Do działania popchnął ich rozkaz i hasło "Panowie, cesarz patrzy". Somosierra tego właśnie dnia przestała być hiszpańską nazwą własną, stała się polskim słowem, i to na dodatek należącym do najwyższego diapozonu polskiego języka. Tak jak nazwisko Kozietulski (darujcie, bonapartyści, nie ma na tych łamach miejsca na ciągnące się latami dyskusje, o to w którym momencie nasz bohater raczył spaść z konia) przestało być po prostu nazwiskiem, stało się ikoną, wielbioną, lub pogardzaną (kozietulszczyzna!) żyjącą życiem odrębnym i niezależnym od biografii swego nosiciela.

Wbrew powszechnym dziś może wyobrażeniom, polscy żołnierze Napoleona nie cieszyli się wtedy wcale absolutnym i powszechnym społecznym poparciem. Wielu starszych znało przecież rewolucyjne korzenie Boga Wojny, wielu widziało niechętny religii klimat, panujący raczej w napoleońskiej armii. Za szwoleżerami i żołnierzami Legii Nadwiślańskiej po dziś dzień ciągnie się brzydkie oskarżenie o profanowanie hiszpańskich kościołów.

Nawet dzisiaj, przywiązanym do monarchistycznego legalizmu konserwatystom trudno jest zaakceptować legalność rządów Napoleona. W tamtych czasach postawa Chateaubrianda, który jednoznacznie zerwał z Napoleonem po sądowym mordzie na księcu Enghien, była oczywiście szlachetna i godna podziwu, trudno jednak wymagać od polskich Kozietulskich przenikliwości, przynależnej kawalerowi de Castrum Briani, u którego nienawiść i mieszała się z fascynacją i szacunkiem.

Nie podzielając bezwarunkowego uwielbienia, właściwego np. świetnemu Waldemarowi Łysiakowi - nie posiadam tak ogromnej erudycji, koniecznej by postawę tak karkołomną obronić, odpowiedzieć mogę tym rojalistom: u początków każdej dynastii stoi uzurpator, Karol Wielki był potomkiem uzurpatora, Karola Młota, który zepchnął z tronu gnuśnego Merowinga. Gdyby Napoleonowi udało się przetrwać, założyłby legalną dynastię, umocowawszy ją jeszcze w związku z Habsurgami. Potomkowie człowieka podlejszego pochodzenia, marszałka Bernadotte'a, panują do dziś w Szwecji. Tak czy inaczej, można Napoleona nienawidzić - ale nie można nie dostrzegać wielkości polskiego, wojennego czynu na przestrzeni lat 1808 - 1812, apogeum napoleońskiej epopei. Nie można też nie dostrzegać, że funkcjonalnie Napoleon, całym sercem republikański dyktator, był siłą konserwatywną. Zatrzymał falę postępującej za Dyrektoriatu degeneracji, Francję słabą, pogrążoną w chaosie uczynił potęgą. Potęga Francji Napoleona, dzięki geniuszowi politycznemu Talleyranda nie zginęła pod Waterloo, Francja stała się jednym z rozdających karty na Kongresie Wiedeńskim. Po fakcie można stwierdzić, że Polacy postawili na złego zawodnika - ale żaden współczesny specjalista od zarządzania ryzykiem nie uznałby tej decyzji za niewłaściwą.

Szwoleżerów w wąwozie Somosierra zginęło ponad sześćdziesięciu, w ciągu kilku kwadransów. Polskich żołnierzy w Iraku zginęło kilkunastu, po z górą roku naszej w Iraku obecności. To inna, lepsza, łatwiejsza wojna. Bush to nie Napoleon, chociaż w roli głównego schwarzcharakteru Europejczycy obsadzają go równie chętnie jak niecałe dwieście lat temu Napoleona. Irakijczykom obecność obcych wojsk przeszkadza wyraźnie mniej, niż wtedy Hiszpanom obecność Francuzów. Wojna w Iraku nie jest dla naszych żołnierzy tak niebezpieczna jak wojna w Hiszpanii dla żołnierzy pierwszego lekkokonnego pułku gwardii, lecz i gra toczy się o niewątpliwie mniejszą stawkę. Tamtą grę Polacy przegrali, obstawiając niewłaściwego zawodnika. Tą mogą wygrać, chociaż, trzymając się hazardowej metafory, jakoś w kasie nie chcą wymienić wygranych żetonów na gotówkę.

Bez wątpienia, tak jak Somosierra nieopierzonych rekrutów przemieniła w wiarusów, tak Irak może zmienić naszą skostniałą, peerelowsko skamieniałą armię poruszyć, wypchnąć z marazmu. Pierwsze zmiany widać zresztą gołym okiem - nagły napływ nowoczesnego sprzętu do wojska czy modernizowanie broni zgodnie z sugestiami żołnierzy. W polskim wojsku branie pod uwagę tego, co żołnierze mówią o swoich karabinach to zupełna nowość.

Nawet więc nie czując sympatii do Busha, nie zgadzając się nawet z jego polityką (moim zdaniem, w założeniach słuszną, w realizacji niekonsekwentną i niezręczną) - nie zapominajmy o polskich żołnierzach na wojnie w Iraku.

A w czasie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, pamiętajmy o nich w modlitwie.

7 listopada, 2004, 18:34
De Maistre był swoistym, chrzescijanskim nihilista. Przekonanie o vanitas, jest wlasciwe zreszta kazdemu, literackiemu i filozoficznemu (w odroznieniu od praktycznych) konserwatyzmowi, który sublimuje, albo nawet uzbraja, jak uzbroilo co inteligentnijeszych niemieckich rewolucyjnych konserwatystow. Oczywiscie, Ernst Jünger nie byl chrzescijaninem, ale mial do chrzescijanstwa taka dziwaczny, ogromny szacunek, widoczny szczegolnie w "Na marmurowych skalach"...

Po tysiąckroć szczęśliwi są ci, którym dane jest tylko na kartach historii
przyglądać się wielkim rewolucjom, wojnom powszechnym,
gorączkom opinii, wściekłości stronnictw, starciom państw i pogrzebom narodów!
Szczęśliwi, którzy przechodzą przez ziemskie istnienie
w jednym z owych momentów spokoju, co są
przerwami w konwulsjach potępionej i cierpiącej natury.
Uciekajmy, Pani! Lecz dokąd uciekać?
Joseph de Maistre

5 listopada, 2004, 12:30
Co prawda mój dziennik miał być dziennikiem intelektualnym, nie zapiskami z codzienności, jednak Agata w swoim, codzienności dla odmiany poświęconym, papierowym dzienniku, zapisała takie zdanie:

"Mężczyźni są zdecydowanie z innej gliny.
Mój mąż potrafi się mnie zapytać gdzie jest mrożona pietruszka. No nie wiem... w piekarniku?"


I to jest, psiakrew, mądrzejsze od moich wynurzeń.

5 listopada, 2004, 11:15
Tom Waits Well I got a bad liver and a broken heart
yea I drunk me a river since you tore me apart
and I don't have a drinking problem
cept when I can't get a drink
And I wish you'd a known her
we were quite a pair
she was sharp as a razor
and soft as a prayer
so welcome to the continuing saga
she was my better half

Basia pożyczyła mi "Small change" Toma Waitsa. Z Waitsem mam tak jak z (cóż za zbieg okolicznosci!) bourbonem - pierwszy łyk nigdy nie smakuje, dopiero druga szklanka daje przyjemność, rozlewając się po ciele dekadenckim, rozluźnionym ciepłem.

27 października 2004, 17:30
Kontynuując mój maleńki, prywatny "Salon Tekstów Odrzuconych" - felieton, który nie zmieścił się w linii programowej mojego ulubionego dziennika:

Komu na rękę?

Cała historia Kościoła, od "in hoc signo vinces" pod Mostem Mulwijskim jest wypadkową sporu dwóch rzeczywistości: ziemskiej i transcendentnej. Stronnictwo "ziemskie" przyjmowało różne nazwy - cezaropapizmu w średniowieczu, józefinizmu w XVIII-wiecznej Austrii, gallikanizmu we Francji. Trudno oprzeć się pokusie przykrawania ornatu tak, by pasował do modnych aktualnie męskich pludrów, czy garniturów.
Dzisiejsze czasy nie są inne. Miejsce cesarza, czy francuskiego króla zajął kolektywny władca ziemski, wielogłowy suweren naszych czasów - demokracja, u której dziś antyszambrują pokornie biskupi.
O tym, że Kościołowi nie wychodzą na zdrowie kompromisy z królestwami tego świata, świadczy historia Kościoła we Francji po roku 1789. Kościelne reformy schlebiać mają tym, których lewacko-libertyńskie apetyty zaspokoiłby dopiero akt samorozwiązania rzymskiego katolicyzmu - żadne mniej zdecydowane działania i tak nie zapewnią Kościołowi miana instytucji nowoczesnej i pełnej tolerancji. Historia ustępstw francuskiego kleru względem Rewolucji tak właśnie wyglądała - to co w 1789 było postępowe, w 1793 było już klerykalne i kontrrewolucyjne.
Zdaje się, że w ten właśnie zgubny prąd wpisuje wprowadzenie w Polsce możliwości przyjmowania Komunii Św. na rękę. W połączeniu z procesyjnym "kolejkowym" sposobem przystępowania do tego sakramentu, ma to zapewne być bardziej "na czasie", niż staroświeckie i "parafiańskie" klękanie przy balaskach. To kolejne ustępstwo sacrum na rzecz profanum, cóż przynieść może dobrego? Są kraje na świecie, gdzie Komunia Św. na rękę rozdawana jest od dawna - jednak, tam problem rozwiązał się sam, gdyż i tak nikt nie przychodzi do kościoła. Trudno więc radować się z tej decyzji Episkopatu.
Jednak, refleksja nad konkretnymi rozwiązaniami, przyjmowanymi przez Namiestnika Chrystusowego i następców Apostołów, chociaż nie musi zawsze pełna być entuzjazmu, nie powinna posuwać się do kontestacji - dotyczy to krytyki "konserwatywnej" w takim samym stopniu, jak krytyki "postępowej". Pozostaje znów odwołać się do historii, w której Kościół kilkakrotnie wychodził z większych opałów - dość wspomnieć o czasach Wielkiej Schizmy, po których przyszedł wiek XVI i XVII, czasy wielkiego, religijnego odrodzenia. Trzeba więc zaufać Duchowi Św. i wyglądać oznak nowej Kontrreformacji.

20 października 2004, 11:40
Kilka miesięcy temu przeczytałem w "Gościu Niedzielnym" artykuł księdza doktora Henryka Gerlica. Artykuł zainteresował mnie tym bardziej, że bardzo cenię sobie kazania x. Henryka, któych często słucham na mszach akademickich, o dwudziestej, w "Michale". Jako, że artykuł wydał mi się ciekawy, napisałem doń polemikę. Jednak "GN" nie był zainteresowany publikacją. Właśnie przypomniałem sobie o tym tekście - i stwierdziłem, że nadaje się do publikacji w moim dzienniku.

Inkulturacja.

Aristokles PlatonW "Gościu Niedzielnym" z 15 lutego ukazał się ciekawy artykuł księdza doktora Henryka Gerlica pod tytułem "O co chodzi w inkulturacji?". Ksiądz Gerlic podkreśla ważność rzeczywiście istotnej dla chrześcijaństwa inkulturacji - czyli procesu sui generis "tłumaczenia" uniwersalnego chrześcijaństwa, na symboliczny język, zrozumiały dla Greków, Celtów, Słowian czy Protobułgarów. Za patronów tego procesu autor uznaje świętych Cyryla i Metodego, misjonarzy Słowiańszczyzny oraz św. Walentego - piękny przykład re-importu katolickiego świętego z protestanckiego kraju. Ksiądz Gerlic, w podsumowaniu swego artykułu pisze: "Czasy współczesne cechuje pluralizm kultur mniej lub bardziej otwartych na ewangelizację. Przywołane tutaj obrazy z historii Kościoła pozwalają nam uznać zasadę inkulturacji za właściwą i oczywistą drogę również dla współczesnych form duszpasterskich." Nie mnie pouczać kapłana co do właściwych "form duszpasterskich" - wydaje mi się jednak, że w procesie inkulturacji chrześcijaństwa, oprócz szans czają się również pewne zagrożenia, o których warto wspomnieć.

Inkulturacja jest nadaniem chrześcijaństwu konkretnej kulturowej formy, udekorowaniem podstawowej materii Kościoła, różnym dla różnych cywilizacji tak dalece, jak różni się gotycka katedra Notre-Damme i świątynia Gandaan w Ułan-Bator.

Pierwszym aktem inkulturacji było wcielenie Chrystusa. Osobowy Bóg, przyjmując ograniczoną, nie-absolutną formę ludzką, dokonał wyboru. Wcielenie Chrystusa nie odbyło się ponad historią, czy ponad cywilizacyjnymi różnicami. Chrystus narodził się w określonym miejscu, w konkretnym czasie. Uznajemy, że Bóg wybrał Żydów na Naród Wybrany - jedno plemię stało się wobec Boga plemieniem szczególnym. Mesjasz, Syn Boży, przyszedł do wszystkich ludzi - jednak narodził się w tym plemieniu. Żydzi stali się w tym czasie poddanymi rzymskiego cesarza - i nie przez przypadek na stolicę swego Kościołą Chrystus wybrał bardzo konkretne, jedno miasto - Rzym.

Rzym nie był metaforą, Rzym nie został wybrany, bo był pod ręką. Narodziwszy się w tym właśnie czasie i miejscu, Bóg dał swoim wyznawcom do dyspozycji najpotężniejsze narzędzie ludzkiego umysłu - grecko-rzymską filozofię, na barkach której, jak karły na ramionach olbrzymów,Arystoteles stanęli średniowieczni filozofowie z ich "wiarą poszukującą rozumu". Nie negując wielkiego dorobku innych kultur, sądzę, że tylko w Grecji powstała filozofia, dysponująca określoną metodą. Filozofie wschodu, indyjska czy chińska, pozostały systemami mądrościowo-etycznymi. Osiągając wiele, nie stworzyły dialektyki, zdyscyplinowanej szkoły myślenia, pod jaką fundamenty podłożyli Platon i Arystoteles. Święty Augustyn dał chrześcijaństwu neoplatonizm. Za sprawą Arystotelesa i św.Tomasza z Akwinu, który Filozofa "ochrzcił", w ludzki, ograniczony sposób pojmować Przeistoczenie. Czy bez arystotelesowskiego pojęcia substancji, możemy zrozumieć Transsubstancję? Przeistoczenie określamy jako przemianę "prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną". Wszystkie trzy przymiotniki odwołują się wprost do tomizmu. Jak nie korzystając z tego zestawu pojęć, czyli bez klasycznej definicji prawdy, bez filozoficznego pojęcia "rzeczy", czy wreszcie bez rzeczonej substancji można określić cechy Przeistoczenia? A tak się składa, że takiego zestawu pojęć, połączonych z umysłową dyscypliną potrzebną do ich stosowania nie wypracowała żadna cywilizacja poza grecko-łacińską.

Tutaj kryje się największe zagrożenie inkulturacji - przekłamania w procesie tłumaczenia. Gdy w 1549 roku portugalscy kupcy przywieźli do Japonii jezuitów (i broń palną), zakonnicy rozpoczęli akcję misyjną. Dostrzegając że Japończycy nie są dzikusami (to Japończycy uważali wszystkie inne ludy za gajin, barbarzyńców, wrzucając Europejczyków, Chińczyków, Malajów i Arabów do jednego worka) postanowili "przetłumaczyć" chrześcijaństwo na japońską kulturę. Kościoły katolickie budowano jak shintoistyczne świątynie, księża nosili szaty podobne do ubrań buddyjskich mnichów, przetłumaczono na japoński Pismo. Powstał jednak problem z krzyżem - w Japonii śmierć krzyżowa była śmiercią nieporównywalnie bardziej hańbiącą niż w kręgu kultury łacińskiej i żydowskiej. Oddawanie czci przedmiotowi tak głębokiej hańby było dla Japończyków niewyobrażalne, więc jezuici zaprzestali umieszczania krzyży w kościołach. Tego jednak było już zbyt wiele dla Watykanu - nakazano zakończenie "eksperymentu" i powrócenie do klasycznej pracy misjonarskiej, z chrześcijaństwem ubranym w europejskie wzory kulturowe. Zbiegło się to z prześladowaniami chrześcijan, które rozpoczął ród Takeda. W efekcie chrześcijaństwo w Japonii praktycznie zniknęło - do okresu Meji przetrwały bardzo niewielkie grupy, zupełnie zakonspirowane, podczas gdy w 1614 roku w Japonii było 300 tys. chrześcijan. Możnaby ubolewać nad tym, bo takiego poziomu chrystianizacji nie osiągnięto już w Kraju Kwitnącej Wiśni nigdy. Jednak czy jezuici nie posunęli się zbyt daleko? Pytanie brzmi - jak wiele można "przetłumaczyć", nie fałszując Dobrej Nowiny?

A cóż począć mieli chrześcijanie w obliczu kultury tak nieludzkiej, satanicznej, jak kultura Azteków? Łatwo oskarżać Corteza o barbarzyństwo i okrucieństwo - i nie da się ukryć, postępowanie Hiszpanów i Portugalczyków wobec Indian często dalekie było od przyzwoitości. Jednak kultura Azteków przesiąknięta była ludzką krwią. Zamęczanie na śmierć dzieci było uznanym sposobem sprowadzania deszczu, zaś liczba jeńców, którym wyrywano serca na ołtarzach Tenochtitlan dochodziła do kilkudziesięciu tysięcy rocznie (w państwie liczącym 6 mln mieszkańców). Czy w obliczu takiego ludobójstwa nieuzasadnione było zaprowadzenie ogniem i mieczem hiszpańskich rządów, a co za tym idzie, chrześcijaństwa,? Czy chrześcijaństwo mogłoby się "inkulturować" wśród Azteków bez zniszczenia tej rozwiniętej przecież, przerażającej kultury? Czy dziś, w dobie panującego niepodzielnie kulturowego relatywizmu, zabraniającego wartościowania cywilizacji, bylibyśmy w stanie znieść istnienie takiego krwawego kultu?

Oczywiście, światły misjonarz może niejako wybrać z danej kultury elementy wartościowe, poddające się włączeniu w chrześcijański system wartości, i te, które są z nim w oczywisty sposób sprzeczne. Takeda ShingenI tak od Japończyków moglibyśmy niewątpliwie uczyć się skrupulatnego wypełniania przykazania "Czcij ojca swego i matkę swoją". Pojęcie "on" - niespłacalnego nigdy długu, jaki każdy posiada wobec swoich rodziców i który nakazuje bezwzględną wobec nich lojalność wykracza daleko poza europejskie normy szacunku wobec rodziców. Jednak ci sami Japończycy samobójstwo uznawali za szlachetne, nie przypisując ludzkiemu życiu specjalnej wartości, gustując raczej w pięknym umieraniu. Japoński stosunek do zabijania był niemożliwy do pogodzenia z chrześcijaństwem. Problem z krzyżem, na którym umarł Chrystus, nie był kwestią opacznego zrozumienia symbolu, głęboki rozdźwięk leżał głębiej. Bez przyswojenia sobie judeochrześcijańskiej, europejskiej otoczki kulturowej, co wymagałoby odrzucenia swojej cywilizacji, Japończyk nie mógł zrozumieć sensu śmierci Chrystusa, gdyż pojęcie umierania w Japonii nie ma wiele wspólnego ze swoim europejskim odpowiednikiem. Używając porównania - gdy Polka, Niemka czy Hiszpanka mówi do swego męża: "Przynieś coś do jedzenia", tenże udaje się do supermarketu i nabywa drogą kupna ser i pieczywo. Gdy to samo do swego męża rzeknie Hotentotka, ten bierze oszczep, znika na tydzień w buszu i powraca z antylopą. Czy Europejczyk mógłby zrozumieć biadania Hotentota nad niedogodnościami związanymi z przynoszeniem jedzenia?

Jednak proces "wybierania" z kultury rzadko bywa możliwy. Szczególnie kultury prymitywne są strukturami delikatnymi w swej integralności. Zaburzenie jednego elementu (nawet na pozór tak nieistotnego jak układ chat u Triobriandczyków czy swoboda seksualna wśród młodych mieszkańców Samoa) powoduje, że delikatna konstrukcja rozpada się w pył. Dochodzi wtedy do dezintegracji więzi społecznych, powstaje lud bez własnej kultury. Gdy więc katolicki misjonarz stanie przed dylematem - nawracać i europeizować, niszcząc jednocześnie pierwotną kulturę, czy zachować kulturę, nie przynosząc do triobriandzkich chat Chrystusa, jak powinien opowiedzieć? Zanikanie wielości różnych kultur jest przykre - jednak są rzeczy ważniejsze od nostalgii.

Czy wspominamy nostalgicznie naszych przodków, czczących Swaroga i Peruna,? Ile słowiańszczyzny pozostało w polskiej kulturze? Czy bliższy naszemu sercu jest Platon, Arystoteles, Marek Aureliusz i Cyceron, czy raczej słowiańscy żercy? Oczywiście, nawet do dziś trwają zwyczaje o pogańskiej, słowiańskiej proweniencji. By nie szukać daleko, popularne śląskie przekleństwo "pierona!" jest wezwaniem do najważniejszego bożka słowiańskiego panteonu. Nie bez kozery jeszcze kilkadziesiąt lat temu pobożny Ślązak spowiadał się z każdorazowego użycia tego "strasznego" słowa. Jednak ten i inne zwyczaje pozbawione są już swojego kulturowego kontekstu, trwają, niezrozumiałe, w morzu łacińskości. Zygmunt Kubiak mówi o języku polskim, że jest to język romańsko-słowiański, gdyż mówimy słowiańskimi słowy, ubranymi w łacińską gramatykę.

W Polsce prawie czterdzieści lat temu obchodzono tysiącletnią rocznicę przyjęcia z Rzymu chrztu. Nie było raczej słychać ubolewań nad zniszczeniem bogatej, słowiańskiej kultury, do którego przecież doszło, gdy słowiańscy woje stawali się europejskim rycerstwem. Skoro nie ubolewamy nad kulturą naszych przodków, może stający się Łacinnikami Samoańczycy również nie mają powodów do zbytnich żalów?

Kończąc swój artykuł, ksiądz Gerlic pisze: "nie dziwi już dzisiaj ani benedyktyński aśram, ani hip-hop przed Papieżem". Tutaj zgadzam się z autorem artykułu w jednym - zjawisko zwane "hip-hopem" cywilizacji łacińskiej jest równie obce, jak aśramy, czy będą one należeć do benedyktynów, czy też czcicieli krwawej boginii Kali.

16 października 2004, 15:50
Moskwę-Pietuszki przeczytałem po raz pierwszy chyba osiem lat temu, jako szesnastolatek. Zrobiłą na mnie wielkie wrażenie, jako historia alkoholizmu i alkoholika, napisana pięknym rosyjsko-polskim językiem. Wróciłem do tej książki teraz, po tylu latach - jakże niewiele dostrzegłem wtedy! To nie o alkoholu, to o świecie, życiu, Bogu, człowieku, i wszytstkim. Wieniczka ze swojego życia uczynił metaforę, którą zamknął "Moskwie - Pietuszkach", w swojej chorobie i śmierci. Czytałem również zapis rozmowy z Jerofiejewem, przeprowadzonej w 1990 roku. Nawet 'mat, którym pisarz mówi z lekkością i wdziękiem żulika, jest piękny i metaforyczny. Nawet w polskim tłumaczeniu (Drawicza). Może nauczę się rosyjskiego?

Czy trzeba najpierw wejrzeć głęboko poza krawędź, przekroczyć drzwi, by być pisarzem? Jünger miał swoje wojny, Jerofiejew wódkę pitą tak, by przypominała stalowe burze pod Cambrai. Hugo miał swoje czasy (czy to prawda, co pisze Jerofiejew, że pod koniec życia rozważał francuski pisarz przemianowanie Paryża na Hugopolis?), Chateaubriand swoją rewolucję, Napoleona, służbę dyplomacji i restaurację, Hemingway miał safari, boks i głupawe poglądy polityczne. Podobnie jak Orwell. Puszkin zaś dał się zabić w pojedynku. Czy spędziwszy życie spokojnie, można dojrzeć to, co oni widzieli?

Ja tymczasem czytam "Stalingrad - anatomię bitwy" Piekałkiewicza, szukam w niemieckich archiwach danych o wojskowej służbie mojego staroszka Oskara, zmarłego przed pół wiekiem. Jeżdżę na strzelnicę, żegluję po Mazurach, pókim miał zdrowe kolano fechtowałem i zdarzało mi się jeździć konno - może to wszystko to takie tanie ersatze tego, co znajdowałem od dzieciństwa w tych i innych książkach? Czyżbym był kabotynem, mającym zbyt mało odwagi by spojrzeć w prawdziwą otchłań? I na tyle mało rozumu, by ciągle tego pragnąć.

Z Bożą pomocą, rozumu kiedyś przybędzie, przynajmniej rozsądku mam na tyle. Czytam więc równoległe Cezara i Tukidydesa.

12 października 2004, 00:56
Wieniczka Chrześcijanianowi rozpacz nie przystoi. W perspektywie eschatologicznej, jedynym powodem do rozpaczań może być sama rozpacz. Ubrana w jeden z grzechów przeciwko Duchowi Św., jest gwarantem ludzkiej wolności, największym z Boskich cudów . W obliczu wszechmocy nic nie jest tak cudowne, jak to, co wszechmoc przekracza - ludzka wolność zaś stoi ponad Boską miłością, sięga tam, gdzie miłosierdzie Boga nie sięga - w otchłań. Rozpaczając, dajemy sobie powód do rozpaczy.
Niech Bóg broni przed taka rozpaczą absolutną. Towarzyszy mi jednak mała rozpacz, smutek może - barokowa i biblijna świadomość marności. Taka rozpacz jest oczekiwaniem Paruzji. Taka rozpacz wypełnia pociąg relacji Moskwa - Pietuszki i Zapiski Psychopaty. Przecież Wieniczka nie pisze o tym, że pije. Wielka mi rzecz - pić. Wieniczka raczej pije i pisze, wódka to atrament jego drugiego pióra, tego skrobiącego już w naszych duszach i głowach, nie na papierze. Metafizyka powieści Jerofiejewa nie leży w "obfitej judeochrześcijańskiej symbolice", jak napisał durnowaty krytyk, tylko w bezpośrednim zrozumieniu, zaklęciu w słowa i oddaniu czytelnikowi tajemnicy marności. Horyzonty kreta trzeba mieć, by twierdzić, że marność ta "dotyczy wewnętrznej sytuacji w ZSRR". Marność to nasze medium, zanurzeni jesteśmy w niej jak XIX-wieczni fizycy w rzekomym eterze.
Dlatego kurczowo trzymać się trzeba wszystkiego, co w tym rozpaczliwym eterze nie jest zanurzone.

Czytałem "Pod Mocnym Aniołem" Pilcha. To książka o piciu, o tym też napisałem esej "Przełamując uprzedzenia":

"(...) Ale przecież nie tego szukam w jego powieści.
Szukam i znajduję istotę polszczyzny. Geniusz gitary, grając na kilku prostych akordach, dotknie prawdy. Techniczny wirtuoz nie wyjdzie może poza praktyczne mistrzostwo - nie będzie w tym geniuszu, ale będzie jasne zakreślenie granic - już nic więcej nie da się zagrać na sześciu strunach. Tak samo Pilch zakreśla granice polszczyzny. Upaja się brzmieniem języka, czuje go wewnątrz, tak jak czuje się spływający do trzewi alkohol. I w przeciwieństwie do wychlanej przez narratora gorzały, którą wypił sam, polszczyzny możemy się z Pilchem napić. I to już wystarczy, by czytać "Pod mocnym aniołem". Pilch pisząc, ujmuje to, czym jest nasz język, czym jest polski...Tak jak niektóre filmy, estetycznie piękne, oglądać można wyłączywszy fonię, bo aktorzy nie mówią nic ciekawego, tak powieść Pilcha można by czytać wyłączywszy fabułę, sycąc się tylko brzmieniem języka, smakując struny, rozpinane między banalnymi podmiotami, orzeczeniami, dopełnieniami i przydawkami, które spajają całość w majstersztyk polszczyzny. W dobie powieści poświęconych samotności w sieci, tudzież splinowi w budce telefonicznej, pisanych językiem egzaltowanego sierżanta sztabowego, samo brzmienie Pilcha warto sobie przypominać, by nie zapomnieć jak brzmi współczesna, piękna polszczyzna. Tak jak Sienkiewicza, oprócz wielu innych powodów, warto czytać dla sienkiewiczowskiej frazy.
Twarz z obrazu Watteau Czy to już wszystko? Błaha, pusta, ale przepiękna, jak rokokowe pejzażyki z pastereczką? Prawie, prawie wszystko.
Bardziej jak "Gilles" Antoine'a Watteau. W zasadzie, to zwykły rokokowy obrazek - ślicznie, ładnie, kolorowo. Na pierwszym planie, odziany na biało Gilles, postać z komedii włoskiej. W tle pejzaż. A jednak coś takiego czai się w oczach tego klauna...
Czai się wewnętrzne splątanie, zasupłanie duszy, skręcenie jestestwa naszego, najgłębsze, schowane, ukryte, a jednocześnie ściągające wszystkie pasma naszego "jestem". To skręcenie, które jednym karze pędzić dwieście osiemdziesiąt po autostradzie Katowice - Kraków, innych zmusza do picia, do pisania, do płynięcia dookoła świata, do pisania wierszy, sadzenia kwiatów. To splątanie, które nas boleśnie stymuluje, porusza, które stanowi o wrażliwości.
Czy więc zechcemy popieścić sobie ten fragment mózgu, w którym mieszka język polski, tak jak pieści się oczy rokokowymi obrazkami, czy też pozwolimy, aby nas dusza zabolała i skręciła się jeszcze trochę mocniej, razem z autorem, na dobre nam wyjdzie. "

28 września 2003, 09:43
Na innej planecie... Jakże cudownie jest nie być tutaj przez miesiąc... Podróż do Chin, pociągami i autobusami, jest męcząca, bolesna, chorobliwa, ale piękna. Pięknie jest na dworcu w Czicie o piątej na ranem, pięknie jest w buriackiej knajpie w której nic nie wydaje się nadawać do jedzenia, pięknie jest w Pekinie gdy po kilkudziesięciu godzinach podróży nie można znaleźć hotelu w zasiegu naszych portfeli i kart kredytowych. Pięknie jest, bo nic nie przyciska do podłogi, nie przygina twarzy do samej ziemii. Miesięczna podróż to wakacje od życia.
Można cały dzień leżeć na jednej z wież Wielkiego Muru, czytając "Doktora Faustusa". Można jeść chińskie żarcie w chińskiej knajpie i płacić za to chińskimi pieniędzmy. Można czytać "Jane Eyre" w pociągu. Można się głęboko rozczarować rzekomą głębią "Sztuki wojny" Sun Tzu, która jest zbiorem mętnych banałów.
A potem trzeba wrócić do domu. W domu można odnaleźć wartość w "Pod mocnym aniołem" Pilcha, poczytać "Zapiski psychopaty" Jerofiejewa, Bóg wie po co spróbować czytać "Samotność w sieci" Wiśniewskiego. Poczytać depresyjne książki, popatrzeć na depresyjny stan konta w e-banku, dobic się lekturą "Gazety - Praca" w każdy poniedziałek. Na ile sposobów można nazwać akwizytora?
Potem pisze się depresyjny esej o narodowości... I nie wiadomo za bardzo gdzie go opublikować...
Piszę depresyjne opowiadanie i w "Nowej Fantastyce" dowiaduję się, że jest dobre, tylko brakuje mu elementu fantastycznego, który albo dopiszę, albo tekst się do druku w NF nie nadaje. Może dopiszę statek kosmiczny? Albo w na wiedeńskiej ulicy przechadzał się będzie Conan?
I żyje się potem czekając na sobotnią, wieczorną przerwę, te wakacje instant, przez resztę tygodnia lewitując na krawędzi, markując działania, czując wszechogarniajacy paraliż wywołany nawałem rzeczy do zrobienia. Po dwóch tygodniach paraliżu rzeczy do zrobienia przybywa, więc intensywnosć paraliżu się zwiększa. Wszystko dąży do jakiegoś kolapsu - lecz kolaps nie nadejdzie, bo jakże by miał wyglądać? Chciałbym wyjść, ale nie ma drzwi.I tylko zasypiam spokojnie, bo czuję ciepło jej ciała... Tylko to trzyma mnie prosto, tylko jej zdjęcie może być kolorowe. Tylko ona pozwala mi pokonać - a raczej pokonuje za mnie - marazm, bezsiłę, beznadzieję, paraliż. Chociaż nie potrafi śpiewać, cała jest jak głos Evy Cassidy lub Nory Jones - ciepła, aksamitna, smutna i wesoła.

Kocham Cię, Agatko.


13 lipca 2004, 00:20
Dwa literackie zdziwienia.
"Kapitan Alatriste" Perez-Reverte. Spodziewałem się - Bóg wie czego. Zwanemu przez nas pieszczotliwie "Perezerewezem" zdarzały się powieści dobre, bardzo dobre, przeciętne - oraz oczywiście arcydzieło, "Fechtmistrz". O którym później. Tymczasem, "Kapitan Alatriste" jest wyjątkowo słaby. Oczywiście, w końcu to Perezereweze - realia smakowite, erudycja autentyczna, obraz Madrytu porywający, nawiązania miłe i dające satysfakcję, gusta malarskie właściwe (Velasquez we własnej osobie - zawsze to miło spotkać Malarza). Jednak akcja, oczywiście świadomie, ma naśladować Dumasa. Może nawet pogłębiać? Jednak, to co u Dumasa jest wdzięczne, foremne, świeże - u Perezereweze jest niezgrabne i - powiedzmy to - głupie. W kulminacyjnym momencie akcji, główny bohater podejmuje decyzję, która nie wynika z niczego. Czy Atos w szóstym rozdziale "Trzech muszkieterów" mógłby pomalować sobie głowę na niebiesko i przez dwa akapity podskakiwać dziko, wykrzykując "Na pohybel szewcom!"?

Oczywiście, miło się w tym wszyskim odnajduje postacie historyczne, obrazy Velasqueza (łącznie z genialnym "Poddaniem Bredy"). postacie literackie - ale wszystko psuje po prostu głupi wątek. Trochę przypomina do filmową superprodukcję bez pomysłu - mamy fajerwerki erudycji, intertekstualne efekty specjalne, kaskaderskie nawiązania do malarstwa, poetyckie pościgi. Brakuje tylko dobrego scenariusza - oprócz wodotrysków, przydałaby się jeszcze jakas historia. którą czytelnik z przyjemnością mógłby odczytać.

Na dodatek język - po pierwszych dwóch stronach sprawdziłem nazwisko tłumacza. Ten sam, Łobodziński. Fechtmistrz, wszystko inne - przetłumaczone rewelacyjnie (może poza nieco zbyt rozwlekłą frazą czasem) - czytane, samo wślizguje się do głowy. Natomiast niezdarnie postarzony język "Kapitana Alatriste" zgrzyta i chrupie, trąc szorstko po grudzie. Okropność - przy tylu wspaniałych wzorcach anarchronicznego udawania staropolszczyzny! A jeszcze te niezdarne sformułowania - i nie wiem, czy winić o to autora czy tłumacza - ginie gdzieś to poczucie, że autor wie, o czym pisze. TO rozkoszne przekonanie, że Perezereweze o fechtunku pisze jak szermierz, o malarstwie jak historyk sztuki, o żeglarstwie jak żeglarz, o przemycie narkotyków jak przemytnik, o szachach jak szachista (chociaż tutaj nie ustrzegł się błędu, na co zwrócił mi swojego czasu uwagę Krzysiek Łęcki, sam szachista sportowy). A tutaj kapitan Alatriste bezuzstannie, z uporem dokonuje przedziwnego aktu, opisywanego zdaniem: "zatknął rapier za pas". To znaczy, co zrobił? Wepchnął sobie metrowy kawał żelastwa za pasek? Na Boga! Nie wyciągnie go, bez odpinania pasa, to na pewno! Opisy fechtunku na rapiery są zwyczajnie słabe - i to u autora, który tak czarował szermierką w "Fechtmistrzu"...

To wszystko możnaby jeszcze wybaczyć. Ale tego, że autor razem z wydawcą robią mnie w konia i jako powieść sprzedają mi tekst, który ma objętość "ilościowoznakową" sporego opowiadania, zaś treściową opowiadania zupełnie małego (przedstawiamy bohatera, zlecenie, skrupuły i niewykonanie zadania, kłopoty, z któych wychodzi obronną ręką, cholera wie, dlaczego - i już, i tyle. Zapłaciłem, do cholery, za powieść! I chciałem powieści, chciałem znowu na kilka godzin dać się zaczarować!

Drugie literackie zdziwienie, tym razem nad wyraz pozytywne, to współczesna, "akademicka" powieść "Sprawy zagraniczne." Do której wrócę jutro, bo na spoczynek udać się zapragnąłem, zaiste.
Jak powiedziałby, raniąc wszystkich wrażliwych na język, kapitan Alatriste.

7 lipca 2004, 22:20
Chrystus w swym człowieczeństwie był cieślą, człowiekiem czynu.
I, jak to już z Bogiem bywa, wiedział co robi.

Tworzenie rzeczy rękami ma w sobie coś ponadludzkiego. Michał Anioł po platońsku widział w marmurze rzeźbę i odłupywał to, co niepotrzebne. Gdy w surowym kawałku stali ujrzę głownię szabli... Ogniem i młotem uda mi się wydobyć rzecz z chaosu - nadając surowości kształt zmieniam chaos w kosmos. Odwracam entropię.

Może dlatego materialna rzecz, którą zrobię, sprawia mi większą satysfkację niż tysiac słów. Napisanie tekstu zdaje mi się być tylko splątaniem tego, co proste. Wydobywając ostrze z metalu, powołuję je do istnienia, wprowadzam ład.

5 lipca 2004, 14:30
Książki ostatnio przeczytane.
"Rosja i znaki", Jurija Łotmana. Dekabryści - życie jako sztuka sceniczna. Sens bycia dandysem i dekabrystą polega na pojmowaniu życia Sylvia Plathjako literatury, jako dramatu. Każdy akt ma swoje znaczenie, dandys żyje tak, jakby był bohaterem wzniosłej sztuki, jakby pisał swoją apologetyczną biografię.
Sylvia Plath, tak żałośnie niszczejąca teraz jako ikona walki klasowo-płciowej, napisała słowa, które same zapewniłyby jej miejsce w historii literatury - "Dying is an art, like everything else. I do it exceptionally well. I do it so it feels like hell. I do it so it feels real. I guess you could say I've a call."
Dandys ma powołanie do czynienia życia sztuką - łącznie z jego nieodłączną częścią, umieraniem.

"Ostatni mój sen będzie o tobie" Jean D'Ormesson. Biografia sentymentalna Chateaubrianda. Pan wicehrabia żył, pisząc pamiętniki - gdy stał się osobą znaną, na każdy swój postępek patrzył w perspektywie swojej śmierci - co po mnie zostanie. Gdy pamięta się, że umieramy codziennie - quotidi moriar - życie nabiera literackiej perspektywy.

"Moja historia czytania" Alberto Manguela. Świetna książka o książkach. Literatura jako uniwersum.

"Wykłady o Don Kichocie", Nabokova. Gdy w "prawdziwym", napisanym przez Cervantesa drugim tomie Don Kichote spotyka fałszywego Don Kichote'a, z "pirackiego", fałszywego drugiego tomu, to gdzie leżą granice między literaturą a życiem?

4 lipca 2004, 11:15
A-HUMAN-RIGHT (c) by Oleg Volk Jakiś czas temu, trafiłem na stronę amerykańskiego fotografikia, Olega Volka, będącego jednocześnie gorącym zwolennikiem wolnego dostępu do broni palnej, czemu daje wyraz w swoich inteligentnych i błyskotliwych plakatach. Podzielając poglądy Volka na broń palną, a niekoniecznie wszystkie inne - zdaje się on być konsekwentnym, anarchistycznym libertarianinem, doceniam propagandową siłę jego twórczości. Plakaty w stylu "A real feminist doesn't depend on men for protection" niekoniecznie odzwierciedlają moją wymarzoną wizję konserwatywnego Ładu, lecz robią dobrą robotę - bo skierowane są do środowisk tradycyjnie broni wrogich. Volk nie próbuje przekonywać przekonanych, lecz, używając lewicowo-liberalnego języka i systemu dotrzeć może do wielbicieli Micheala Moore'a.
A konserwatysta może po prostu pamiętać, że "An armed society is a polite society", jak napisał Heinlein.

Niedawno, przeglądając internetowy magazyn o broni, znalazłem ciekawy artykuł, pióra (klawiatury) Julii Gorin, pt.
The Anti-Gun Male.

" Such a man is also best kept huddled in urban centers, where he feels safer than he might if thrown out on his own into a rural setting, in an isolated house on a quiet street where he would feel naked and helpless. Lacking the confidence that would permit him to be sequestered in sparseness, and lacking a gun, he finds comfort in the cloister of crowds.
The very ownership of a gun for defense of home and family implies some assertiveness and a certain self reliance. But if our man kept a gun in the house, and an intruder broke in and started attacking his wife in front of him, he wouldn't be able to later say, "He had a knife--there was nothing I could do!" Passively watching in horror while already trying to make peace with the violent act, scheduling a therapy session and forgiving the perpetrator before the attack is even finished wouldn't be the option it otherwise is.

No. Better to emasculate all men. Because let's face it: He's a lover, not a fighter. And he doesn't want to get shot in case he has an affair with your wife. Of course, it wouldn't be completely honest not to admit that owning a firearm carries with it some risk to unintended targets. That's the tradeoff with a gun: The right to defend one's life and way of life isn't without peril to oneself. And the last thing this man wants to do is risk his life - if even to save it. For he is guided by a dread fear for his life, and has more confidence in almost anyone else's ability to protect him than his own, preferring to place himself at the mercy of the villain or in the sporadically competent hands of authorities (his line of defense consisting of locks, alarm systems, reasoning with the attacker, calling the police or, should fighting back occur to him, thrashing a heavy vase). "

Jedno zwróciło moją uwagę. Zarówno Julia Gorin, jak i Oleg Volk, wyemigrowali do USA ze Związku Radzieckiego. Oboje są żydowskiego pochodzenia. Może dlatego na stwierdzenie, że "broń powinna być dostępna tylko dla odpowiedzialnych, państwowych instytucji" Volk odpowiada pytaniem: "Takich jak Gestapo, KGB i Stasi?"

4 lipca 2004, 10:00
Dopiero po dwóch miesiącach zdecydowałem się opublikować poniższy wpis, zapisany 9 maja. Może za dużo w tym autotematyzmu, ale w takiej formie jak internetowy dziennik, jest to chyba usprawiedliwione.

Łączy się to również z pewną zmianą formuły mojego dziennika. Od tej chwili staje się on publiczny. Z zapisków prowadzonych wyłącznie dla rodziny i przyjaciół zmienia się w tekst wrzucony w otchłań internetu - dla każdego, kto ma ochotę popsuć sobie oczy przed monitorem. Uczyniłem go również widzialnym dla wyszukiwarek i zlinkowałem na mojej stronie - www.szczepan.twardoch.pl.
Wszyscy moi znajomi, którzy otrzymali wcześniej ode mnie link do tego dziennika, wraz z prośbą o zatrzymanie go dla siebie, od dzisiaj mogą przekazywać go dalej i publikować, według własnego widzimisie.

Wiele z poniższych zapisków, będących w istocie skróconymi notatkami pomysłów i spostrzeżeń, doczekało się pełniejszej formy - artykułów, które opublikowane zostały ostatnimi czasy w dzienniku "Życie.". Z tegoż powodu, zajęty pisaniem do owej gazety, mam mniej czasu na notowanie w dzienniku.

9 maja 2004, 10:00
Żyję w dwoistym świecie.
Mając zamiłowanie do, jak pisał Jünger, "minionych epok", pozwalam przemijać teraźniejszości. Świat społeczny, w którym żyję, zdaje się prześcigać samego siebie w szalonym wyścigu degeneracji. Jednak bohater Jüngera, wychowany w czasach jedności tego co prywatne z tym co publiczne, czuje głęboką potrzebę uczestnictwa, dlatego, "zatacza się na prawo i lewo, jak istota pozbawiona równowagi".
Ja nie muszę uczestniczyć. Buduję więc mur - a raczej drewniany parkan, żyjąc w wirydarzu. Obrzydliwość świata podglądam, jakby przez dziurkę od klucza, dozując ją sobie wedle nastroju.
A mój świat prywatny jest światem idealnym. Nie muszę żyć w ponurej samotni, jak książe Julius Evola, ostatni kszatrija w świecie niedotykalnych, zamykający się w dobrowolnym więzieniu pałacu i wózka inwalidzkiego. Evola, kszatrija, musiał - artystokrata nie ma wyboru. Ja nie jestem arystokratą, nikt nie nałożył na mnie obowiązków, jakie się ze szlachectwem wiążą. Mogę dlatego żyć w pogodnym domu za solidnym parkanem, zamiast w pustelniczej jaskinii. Kocham świat, który przeminął, w którym byłbym zadowolonym z życia wolnym kmieciem, któego krąg zainteresowania wyznaczałaby wiosenna pogoda, decydująca o urodzaju, zamążpójście córki, kościół, karczma i naprawienie strzechy na chałupie. Freibauerska tradycja nie została mi przekazana przez rodziców, odkopawszy ją w genealogii, ze zdziwieniem odnalazłem ją w sobie.
Spokój i uporządkowanie w życiu mogą przynieść, paradoksalnie, frustrację. Jednak mój tryb prywatnego życia, przynosi mi jedynie satysfakcję.
Artysta, literat, według schematu, powinien prowadzić życie szaleńca, poddając się wszelkim namiętnościom. Powinien być albo obrzydliwie bogaty, albo głodować. Kochać kobiety niedostępne i gardzić kobietami, przebywającymi u jego boku. Być lwem salonowym, lub odludkiem. Przyjaciół kochać miłością szaleńca, lub gardzić nimi. Mieszkać w pałacu, lub w norze. Być tchórzem, lub bohaterem. Abstynentm lub alkoholikiem. Mnichem lub dziwkarzem.
Ja tymczasem prowadzę życie spokojnego bourgeoise, nie narażając się przy tym na związaną z drobnomieszczańskim modelem życia frustrację z braku wzniosłości.
Moja namiętność, miłość, erotyzm dobrowolnie skierowały się ku jednej kobiecie, zyskały sakramentalną, metafizyczną sankcję, nie tracąc przy tym swej temperatury. Stereotypowy literat rozpala ogień namiętności w salonie, ogrzewa się przy nim i pozwala, by strawił mu cały dom. Moja miłość płonie najjaśnieszym płomieniem, jednak w kominku, grzejąc i nie niszcząc.
Nie jestem bogaty, nie dotyczy mnie cały blichtr, idący za pieniędzmi. Dzięki swojej pracy i mocnemu oparciu w więzach krwi, nie jestem też nędzarzem, troska o przetrwanie nie przygina mnie do ziemii. Życie daje mi odpowiednią dawkę codziennych trosk i kłopotów, pozwalając zachować ludzki rozsądek, nie zatruwając przy tym życia chorobą rozpaczy.
Naturalną skłonność do przemocy ujmuję w ramy, czyniąc ją nieszkodliwą. Mogę strzelać i fechtować dla przyjemności, nie muszę z rapiera lub karabinu czynić jedynych gwarantów mojego przetrwania.
Rodzina, z której pochodzę, określa mnie w stopniu doskonale zrównoważonym. NIe jestem niewolnikiem rodu, nie muszę borykać się z niechcianą formą życia, a jednocześnie nie jestem człowiekiem z nikąd, odciętym, pozbawionym korzeni.
Żyję w gronei przyjaciół - ludzi życzliwych, którzy, jakimś cudownym zbiegiem okoliczności, w sposób naturalny i niewymuszony podzielają ze mną i ze sobą nawzajem podstawowy system wartości, stanowiący warunek konieczny jakiegkolowiek porozumienia. Różniąc się wszyscy od siebie tak bardzo, w sprawach fundamentalnych osądzamy podobnie; śmiejemy się z tych samych dowcipów. Dokuczamy sobie, czynimy małe złośliwości, przedrzeźniamy, cały czas nie tracąc ani na chwilę podstawowej, wzajemnej życzliwości i sympatii. Sympatii - czyli poszukiwania podobieństwa i bliskości, podobieństwa przez bliskość i bliskości przez podobieństwo.
Prawdziwy artysta pije, by zagłuszyć rozpacz. My, pijąc, świętujemy, dodajemy życiu średniowiecznego duch zabawy. Upijamy się jako ludzie szczęśliwi. Jünger, opisując życie w Marinie, krainie Ładu, wskazuje na to, jak rytm codzienności wyznaczają okresy świąt. Bawimy się jako birbanci, weseli i zadowoleni z życia pijacy, nie jak artysta-alkoholik, czyniący z absyntu godło swej dekadencji. Nie robimy ponurych min, zakładamy raczej pocieszne maski.

"Jesienią ucztowaliśmy jak mędrcy, zaszczycając przepyszne wina z południowych zboczy Wielkiej Mariny. Gdy z ogrodów, spośród czerwonego listowia i ciemnych gron, dobiegały nas żartobliwe nawoływania winogrodników, (...), schodziliśmy do karczmarzy, kiperów i piliśmy z nimi z brzuchatego dzbana. Tam spotykaliśmy zawsze pogodnych towarzyszy, gdyż kraina ta jest bogata i piękna, stąd rozkwita w niej beztroski spokój, a dwocip i humor znaczą tyle, co brzęcząca moneta. (...). Póki wino było słodkie i miało barwę miodu, siedzieliśmy zgodnie przy stole, rozmawiając przyjaźnie, częstokroć z ręką na ramieniu sąsiada. Lecz gdy trunek zaczynał działać, odrzucając to, co należne ziemi, budziły się gwałtownie duchy życia. Dochodziło do znakomitych pojedynków, w któych rozstrzygała broń śmiechu, gdzie spotykali się szermierze wyróżniajacy się umiejętnością lekkiego, swobodnego prowadzenia myśli, jaką można zdobyć tylko w wyniku długiego życia, pełnego spokojnych rozmyślań. Lecz bardziej jeszcze niż owe godziny upływające w perlistym nastroju ceniliśmy cichy powrót przez ogrody i pola w głębi upojenia, gdy krople rosy odkłądały sie już na barwnych płatkach. (...) Mielismy wówczas wrażenie, jakby wyposażono nas w nieznany dotąd zmysł widzenia świata - spoglądaliśmy oczyma zdolnymi dojrzeć lśniące żyły złota i kryształów głęboko pod szklaną warstwą gleby.
Wiosną natomiast, zgodnie z miejscowym obyczajem, ucztowaliśmy jak błazny. Odziewaliśmy się w barwne opończe błazeńskie, których wystrzępiony materiał błyszczał jak ptasie pióra, a na twarz nasadzaliśmy sztywne maski w kształcie dziobów. Po czym, wymachując rękoma jak skrzydłami, zbiegaliśmy w błązeńskich podskokach do miasteczka, gdzie na starym rynku wznoszono wysokie drzewo głupców. Tam w blasku pochodzni odbywał się korowód masek, mężczyźni szli jako ptaki, a kobiety poprzebierane były w uroczyste stroje minionych stuleci. Nawoływały nas, rzucając żartobliwe słowa wysokim, sztucznym głosem pozytywki, a my odpowieadaliśmy piskliwym wrzaskiem ptaków. (...) Pić należało tu ostrożnie, gdyż wino sączyć musieliśmy ze szklanki słomką przeprowadzoną przez nozdrza dzioba. Gdy z głów zaczynało się nam dymić, orzeźwiał nas galop przez ogrodyi fosy przy obwałowaniach. Szturmowaliśmy także rojnie sale taneczne, lub zsunąwszy w altanie jakiegoś gospodarza maski, jedliśmy w towarzystwie przygodnych kochanek z wypukłych patelni ślimaki, przyrządzone na sposób burgundzki" (Na marmurowych skałach).

Pozwalamy życiu posiadać swój rytm. Tygodnie dzielą się na czas pracy, zabawy i odpoczynku, rok na post i karanawał. Nie tańczymy w Wielkim Poście, bo potem tym bardziej cieszą tańce. Nie jemy mięsa w piątek, by bardziej jeszcze cieszyć się soczystym stekiem w niedzielę.
Życie spokojne i szczęśliwe może wyzwolić naturalną i przyrodzoną człowiekowi tęsknotę do wzniosłości. Nie zaspokojona, staje się obsesją. Obsesją, która zniszczyć może nie tylko spokój, ale całe życie. Jako spokojny bourgeois obcuję z sublime poprzez słowo - czytając i pisząc. Znajduję się w pozycji średniowiecznego klerka, zamknietego w spokojnych i dostatnich murach klasztoru, żyjacego w świecie romansów rycerskich, któe tworzy.
Ernst Jünger uciekł od zniszczonego świata w entomologię - zbierał motyle. Julius Evola zamknął się w pałacu-pustelni. Davilla zamknął się w bibliotece. Ja wybrałem najpiękniejsze miejsce wygnania - szczęśliwe i spokojne życie prywatne.

Muszę jednak obserwować świat z uwagą. Być może kiedyś, nie daj Bóg, zechce się wedrzeć do mojego wirydarza. Wtedy muszę być gotów.

13 kwietnia 2004, 22:30
Admirał Yamamoto Isoroku Człowiek podzielony między Zachód a Japonię. Admirał Yamamoto Isoroku. Głównodowodzący japońskiej marynarki do 1943 roku. Jedyny chyba samuraj, który był rycerzem.
Katolik (ze starej katolickiej rodziny, ochrzczonej w XVI wieku, która przetrwała w ukryciu aż do epoki Meji - wyczyn, przy którym epoka prześladowań chrześcijaństwa w Rzymie, zakończona pod Mostem Mulwijskim, zdaje się fraszką), Kawaler Maltański, absolwent Harvardu.
Świetny żołnierz, doskonały strateg. Gorący przeciwnik wojny z USA (znał potęgę amerykańskiego przemysłu) - po wybuchu wojny, jak przystało na patriotę i żołnierza, zapomniał o swoich wątpliwościach.
Zginął jak przystało na żołnierza i marynarza - zestrzelony 18 kwietnia 1943 roku przez amerykańskie Mustangi.

13 kwietnia 2004, 22:16
Największym osiągnięciem de Laclosa w "Niebezpiecznych związkach" jest dotrzeżenie potęgi modelu zachowań.
Valmont sądzi, że aby wyzwolić się z panowania formy wystarczy ją sobie uświadomić. Między tymi, którzy zdają sobie z niej sprawę - jak Valmont i markiza de Merteuil, forma nie istnieje. De Merteuil, w swym pogardliwym liście, uświadamia vicehrabiego, jak bardzo się myli. Nieobowiązywanie wzorca zachowań miedzy tymi, którzy są go świadomi polega na delikatnym, chwilowym zawieszeniu - wystarczy dalikatne zakłócenie tej równowagi, by wrócił z całą mocą. Gdy markiza i vicehrabia pozostawali przyjaciółmi, forma nie obowiązywała. Gdy wypowiadają sobie wojnę - nieobowiązywanie znika natychmiast. Valmont zostaje upokorzony.

W swojej powieści pt. "Inne pieśni" Jacek Dukaj, w myśl nieco dziwacznej interpretacji "Metafizyki" Arystotelesa buduje porywający model arystokratów narzucających swoją Formę zarówno materii, jak i innym ludziom. Inen pieśni to jeden z najlepszych przykładów świetnej książki, będącej kiepską powieścią. Wspaniały, z rozmachem zarysowany świat. Głębokie, kompletne postaci. Błyskotliwy system filozoficzny - gdy podstawą świata nie jest newtonowska fizyka, lecz arystotelesowa "Metafizyka" (chociaż rozumiana momentami nieco, delikatnie mówiąc, nieprofesjonalnie). Materiał na arcydzieło. Skutecznie zniweczony przez język. Czyż autorowi brakuje warsztatu? Skądże. Piórem posługuję się z lekkością, budzącą zazdrość. Świetne dialogi, słuch do polszczyzny, piękny, charakterystyczny styl.
Gdzież problem? Otóż Dukaj, w swym pędzie do kompletności, tworzy język przesycony neologizmami. Autor sam nie wie w zasadzie, czy jego książka napisana jest po polsku, czy też po vistulsku. I oto paradoks - ciekawy, błyskotliwy zestaw wymyślonych słów uniemożliwia lekturę. Z przykrością stwierdzam, że strawniejszy dla mnie jest strumień świadomości z "Ulissessa". Język, który rozumie autor i bohaterowie nie jest zrozumiały dla czytelnika. Z radością przeczytałbym polski przekład "Innych pieśni"...
Jeżeli malarz stworzy arcydzieło, by w ostatnim momencie tworzenia pokryć je grubą warstwą matowego werniksu, obraz nie będzie arcydziełem. Gdy ktoś podejmie trud żmudnego zdrapywania werniksu - odkryje geniusz malarza. Nie zawsze starczy jednak cierpliwości na odkrycie całego obrazu.
Nie przebrnąłem przez całe "Inne pieśni", dałem spokój gdzieś dobrze po połowie.
W każdym razie, Dukaj podziela intuicję Laclosa o potędze formy.

10 kwietnia 2004, 01:40
Lud (motłoch?) kibicuje z zapałem kilkunastu kiepskim piłkarzom i jednemu dobremu skoczkowi. Miraż sportu, wywołujący iluzję łączności, wspólnoty ze sportowcami zastępuje uczucia narodowe. Na temat porażek wąsatego chłopaczka z Wisły pisze się głębokie analizy, tworzą się frakcje zwolenników i przeciwników jakiegoś trenera, apologetów jednej metody treningowej skonfrontowanych z miłośnikami innej. Profesjonalny sport jest pozbawiony wewnętrznego znaczenia. Liczy się tylko identyfikacja.
I możnaby zaryzykować stwierdzenie, że uczucia narodowo-państwowe ograniczają się do kilkunastu przygłupich, kiepskich piłkarzy i sympatycznego, naiwnego, przytłoczonego sławą skoczka z Wisły.
Sportowe emocje to jedyna okazja, przy której obywatele RP z dumą i radością używają narodowych barw i symboli.
Rzeczpospolita stała się metaklubem sportowym. KS Polska zamiast Rzeczpospolitej. Uczucia patriotyczno-państwowe, łączące ludzi z państwem zostały zastąpione lojalnością wobec klubu. Polska stała się metaklubem - to znaczy wspólnym mianownikiem kibiców Legii Warszawa i Ruchu Chorzów.
Zamiast flagi - czerwono-biały szalik.
Zamiast hymnu - "Polska gola!" albo "Leć, Adaś, leć!"

Polscy żołnierze w Iraku.Tymczasem, w Iraku walczy kilka tysięcy polskich żołnierzy. Obywatele Rzplitej albo nie są zainteresowani, albo żywią przekonanie, że to podli, wredni okupanci.
Jeszcze pięćdziesiąt lat temu, postawy, jakie aktualnie żywią Polacy, kwalifikowałaby połowę do więzienia, za sianie defetyzmu, zaś drugą pod mur, za zdradę.
Czy wiele brakuje, by w kościołach odprawiać msze za Małysza? A czy w modlitwie wiernych ktoś wspomniał chociaż o polskich żołnierzach w Babilonie?
Nazywa się ich z nienawiścią "najemnikami", gdyż miesieczny żołd szeregowca sięga kilkustet dolarów. Tymczasem, "bohaterowie narodowi" zarabiają tyle w godzinę.

Kilka miesięcy temu pisałem o zwałaszałych Niemcach, którzy stracili swój charakter narodowy, zachowując z niego najgorsze jedynie cechy.
Polaków spotkało to samo. Nacja, która jeszcze pięćdziesiąt lat temu dokonywała wzniosłych czynów, bijąc się na gruzach Warszawy, odziedziczyła jedynie niskie cechy swoich przodków, nie zachowując zalet. Pacyfistyczno-libertyńska choroba opanowała Polskę, tak jak opanowała Francuzów gdzieś pomiędzy rokiem 1815 a 1870, Niemców w 1945, i całą resztę Europy gdzieś pomiędzy.
Starcy, któzy pięćdziesiąt lat temu jako polscy żołnierze i niemieccy fallschrimjäger bili się ze sobą o klasztor św. Benedykta, udowadniając sobie nawzajem męstwo, mogą dziś ze smutkiem obserwować zjednoczenie swoich narodów. Zjednoczenie przez kastrację.

3 kwietnia 2004, 01:40
Widziałem dzisiaj rannego sokoła.
A później widziałem martwy dom.
Sokół cierpiał, tak jak cierpią wszystkie drapieżniki - w ciszy. Siedział na skraju drogi. Gdy podszedłem bliżej - ciężko wzbił się w powietrze, z wysiłkiem przelatując kilkanaście metrów. On - zawsze z taką lekkością ślizgający się w powietrzu, nagle czuje ciężar swojego ciała. Wystarczyłby dwa zamachy potężnych skrzydeł, a oderwałby się od ziemi, jakby grawitacja nie istniała. Drapieżniki nigdy nie wierzą w swoje rany - usiłuje więc po prostu odlecieć, przecież jest lotnikiem! Lecz przetrącone skrzydło pozwala jedynie odskoczyć na te kilka marnych kroków. Siada na rozmokłej ziemi. Bezsilny, spokojny.
W martwym domu, na kuchennym stole leżała popielniczka. W niej dwa niedopałki. Obok rozłożona gazeta sprzed siedmiu lat. Ktoś zrobił zakupy - w kuchni stały puszki z pasztetem i wyschły na wiór serek topiony. Nie pozmywane naczynia w zlewie. Siedem lat temu, ktoś pospiesznie wychodząc z kuchni na oparciu krzesła powiesił ciepły sweter. Szafka z lekami, do połowy opróżniony listek z kilkoma tabletkami. Skamieniały cukier w cukiernicy.
A obok rozkopany, zgniły barłóg, który był kiedyś łóżkiem. Jakby z ostatnim zamknięciem drzwi czas nagle, zamiast żyć, zmarł.
Nikt nie wycierał od siedmiu lat kurzy, nikt nie łatał ścian. Dom umiera jak ciało. Gdy zabraknie ożywiających go ludzi, gnije, jak ciało, w którym krew przestanie opłukiwać tkanki. Szafki ze sklejki pęcznieją od wilgoci, by się w końcu rozpaść, wysypując na podłogę strugę kolorowych, zetlałych i zgniłych szmat, które kiedyś były strojami. A w szafie leży kapelusz, wiszą garsonki i bluzki.
Czy będę wiedział, że to już ostatni raz odkładam łyżeczkę na spodek, przy herbacie, której już nie wypiję, i która będzie stała, aż zmieni się w kożuch pleśni? Rzucając kurtkę na oparcie krzesła - czy będę wiedział, że zostanie tam już na zawsze? Każda codzienna, zwyczajna czynność, wykonywana po raz ostatni... Ostatni raz zajrzeć do szafy, ostatnią stronę z ostatniej książki.
Ostatni raz oderwać się od ziemi, by opaść na lepką rozmiękłą glinę, która oblepia pióra jak maź.

31 marca 2004, 23:32
"Francuscy biskupi rzymskokatoliccy oficjalnie potępili kontrowersyjny film "Pasja" w reżyserii Mela Gibsona, który w środę wszedł na ekrany francuskich kin.
W oświadczeniu opublikowanym przez francuski episkopat podkreślono, że chociaż filmu nie można określić jako antysemickiego, to jednak "może być wykorzystywany do wspierania antysemickich opinii".
"Sceny przemocy, które opanowują widza, przesłaniają w sumie znaczenie Pasji i samą istotę osoby i przesłania Chrystusa - miłości doprowadzonej do doskonałości przez dobrowolną ofiarę" ".

Na czym polega choroba francuskiego Kościoła? Coś każe francuskim Pasterzom milczeć (w najlepszym wypadku), gdy mowa jest o promowaniu zboczeń, mordowaniu nienarodzonych czy agresywnej, antyreligijnej "neutralności" państwa, zaś głośno i jednoznacznie atakować przedstawienie męki Pańskiej?

Rorty powiedział, że demokracja ważniejsza jest od filozofii. Czyżby kardynał Lustiger wziął sobie te słowa tak bardzo do serca, że demokracja wydaje mu się ważniejsza niż Chrystus? Gdy katolicki biskup potępia przedstawienie Drogi Krzyżowej, to blisko już chyba, by uznać Ofiarę Chrystusa za metaforę.

Kościół francuski choruje na gallikanizm - od czasów Ludwika XIV.
Gallikaniski, czyli de facto kościół narodowy, bo jedność z Rzymem zachowywał jedno symboliczną kościół Ludwika, kościół konstytucyjny z czasów rewolucji, czy dzisiejszy episkopat francuski to przejawy tej samej choroby.
Tak być musi , gdy Kościół zaczyna pełnić rolę służebną - czy to wobec monarchy, narodu, rewolucji czy demokracji.

30 marca 2004, 00:40
De Maistre miał w sobie coś nadludzkiego. Będąc w młodości członkiem towarzystwa, mającego na celu posługiwanie skazanym na śmierć, niósł im pociechę w ostatnich momentach ich życia.
Nie tylko po wrażliwcach pokroju Camusa możnaby się spodziewać, że widząc wiele autentycznych nawróceń u samych stopni szafotu, staliby się przeciwnikami karania śmiercią.
Tymczasem, de Maistre łączy w sobie głębokie miłosierdzie z ailnym poczuciem metafizycznej sankcji ładu. Za katem stoi Absolut. Kat jest personifikacją sprawiedliwości.
Jakiegoż charakteru potrzeba, by żyć miłosierdziem, nie wzbudzając w sobie emocjonalnej egzaltacji?

"Cała wielkość, cała potęga, cała dyscyplina spoczywa na kacie: on jest postrachem i więzią społeczności ludzkiej. Zabierzcie światu ów niepojęty czynnik, a w jednej chwili ład ustąpi miejsca chaosowi, trony upadną i społeczeństwo zniknie"

23 lutego, 2004, 15:40
Pistolety pojedynkowe, kapiszonowe, przerobione ze skałkowych, Belgia - Niemcy, pierwsza ćwierć XIX wieku, sfotografowane w Katowicach, wrzesień 2002. W sklepie z antykami, pomiędzy zebranymi bez ładu i składu bibelotami - łyżki, zegarki, brzytwy, ordery, monety, rzeczy inne o pochodzeniu i przeznaczeniu niewiadomym, znalazłem dwa pistolety. W epoce ubitej kopytami koni napoleońskiej kawalerii, rusznikarz w średniowiecznym mieście północnych Niemiec wykonał je ze szlachetnej stali, orzechowego drewna, mosiądzu i odrobiny złota, ktoś inny dorobił piękną kasetę z mahoniu, kilka przyrządów - prochownicę, szczypce do kul, klucze. Kupił je arystokrata ze starożytnego rodu, a może napoleoński hrabia, syn bednarza. W każdym razie, właściciel nie nosił ich zatkniętych za pasek, czy też pod pachą - spokojnie leżały spowite w aksamit, aż któregoś ranka zawieziono je powozem do podmiejskiego lasku, wyjęto z aksamitu, zgodnie z ustalonym rytuałem przeglądnięto, nabito, po czym z jednej z luf wyleciała kula i pozbawiła życia przerażonego młodzieńca, czy też spokojnego mężczyznę, może z powodu kobiety, nienawiści, lub głupiego zbiegu okoliczności.

Dziś leżą zakurzone.

Odsunąłem zegarek z dewizką, łyżki, tabakierki, niemiecki Żelazny Krzyż, i wyciągnąłem jeden pistolet z kasety. Wszystko działało bez zarzutu, napiąłem kurek, wyprostowałem ramię - pasował idealnie do mojej ręki, sześciogranny wierzch lufy sam układał się na linii wzroku, wycelowałem. Na linii wyimaginowanego strzału znalazła się miła starsza pani, właścicielka sklepiku. Przyzwyczajona widać do podobnych scen, z uśmiechem podała parę znanych mi skądinąd szczegółów - nazwisko twórcy, kilka uwag o konstrukcji, oraz cenę. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę - te kilka tysięcy złotych to nie cena za dobry pojedynkowy pistolet, lecz za antyk, w którym największe znaczenie ma mahoniowe, intarsjowane pudło, grawer na lufie, srebrne zdobienie rękojeści. Nie ma znaczenia, że kurek zaskoczył z tym samym złowrogim trzaskiem, jak przed dwoma wiekami, nie ma znaczenia, że wystarczyłoby wsypać proch i kulę, aby lufa znów plunęła ogniem w kierunku białego gorsu czyjejś koszuli. Odwróciłem się, przymykając lewe oko wymierzyłem w szeroki rząd orderów na piersi pułkownika kawalerii, sportretowanego w roku 1927, i nacisnąłem spust. Kurek sucho trzasnął, palący się proch nie wypchnął kuli w kierunku pokrytego olejną farbą płótna.

Są cnoty, które wspaniale można praktykować wbrew społecznemu konsensusowi. Można z dumą nie brać łapówek, wbrew powszechnej zgodzie na dawanie i przyjmowanie takowych. Można z uporem traktować kobiety ze staroświecką galanterią, nawet te, które reagują na to feministyczną histerią.

Jakże jednak praktykować cnotę, która istnieje tylko w relacjach międzyludzkich - i to na zasadzie wspólnej umowy? Nie można być honorowym samemu - sami, jako osoby posiadamy jedynie godność i dumę - tego nie złamie nawet najliczniejszy motłoch. Honor jednak dzieje się pomiędzy ludźmi - potrzeba innych ludzi honorowych, którzy nawzajem za takowych się uważają, i dorobili się, jako grupa, pewnych określonych form, w jakich owo uznanie, lub brak jego się zamyka.

21 lutego, 2004, 19:00
Sam Peckinpah, 1925 - 1984 Sam Peckinpah rozumiał kino. Nie mylił kina z teatrem, z literaturą, czy, nie daj Bóg, z propagandową agitką. Kino jest fantasmagorią, hitorię opowiadać ma obraz! Najwyraźniej widać to na tle tragedii, jaką jest dla europejskiego kina istnienie Larsa Triera (bo "von" przed nazwiskiem dopisał sobie sam - to dowód, że arystokratyzm przemawia nawet do lewaków) - nie wgłębiając się w szambo, jakim są filmy Triera, sama deklaracja z iście lewackim umiłowaniem pluralizmu nazwana "dogmą" jest anty-kinem. Trier robi anty-flimy. Peckinpah operował materią filmu jak Michał Anioł marmurem. Nie dam sobie wmówić, że mistrzami kina mieliby być Ingmar Bergmann czy Krzysztof Zanussi! Jeżeli formalne mistrzostwo reżysera ma polegać na mistrzowskim posługiwaniu się nudą, to niechże Peckinpah będzie sobie pacykarzem; wolę pacykarstwo.

18 lutego, 2004, 19:00
Pan Skopal adoptował dziecko.
Mały chłopiec, wcześniej nazywał się Aiselis, przyjął jednak teraz nazwisko swego przybranego ojca. Zamieszkał w jego domu.
Jednak nie były to szczęśliwe czasy! Pan Skopal zwęszył okazję do dorobienia się na swoim adoptowanym dziecku. Chłopiec był pracowity - zaczął więc pracować ponad siły. Posiadał też pewien majątek, który został mu odebrany. Podczas gdy inne, rodzone dzieci pana Skopala robiły różne rzeczy, adoptowany syn wyłącznie pracował. Cieżka praca zrujnowała mu zdrowie.
W domu nie było miło. Skopal wraz se swoimi rodzonymi dziećmi nigdy nie przestawali okazywać adoptowanemu wyższości. ""Nie jesteś prawdziwym Skopalem, tylko adoptowanym!"- mówili. Gardzili nim - "Nie mówisz jak Skopal, nie myślisz jak Skopal, pewnie w duchu dalej jesteś kim innym - pamiętaj o tym, nigdy nie będziesz taki jak my". Uważali małego za głupca - nie może decydować o sobie, bo jest niewychowany. Chłopcu rzeczywiście brakowało ogłady - kiedy jednak miał jej nabrać, skoro wszystkie jego dni, nie wyłączając niedziel wypełnione były pracą?
Nie mógł decydować o niczym, nawet o ułożeniu mebli w swoim pokoju - nawet stroje wybierał mu przybrany ojciec. Młody nadaje się tylko do pracy!
Czasem, od święta pan Skopal chwalił małego za wytrwałą pracę - nikt nie zwracał uwagi na to, że chłopiec jest co raz bardziej chory i zmęczony. Dostawał czasem cukierek - a inne, rodzone dzieci Skopala nie cierpiały go z tego powodu jeszcze bardziej. Nie chciały widzieć tego, że żyły z pracy swojego przybranego brata - wytykały mu tylko "Nasz rodzony ojciec, a cukierek dał tobie, przyszywanemu Skopalowi!"
W końcu Pan Skopal trochę się zmienił. Złagodniał, od wielkiego święta zaczął chodzić do kościoła. Dzieci też się zmieniły.
I czasy się zmieniły. Okazało się, że praca adoptowanego syna nie może już utrzymać całej rodziny. Tym bardziej go nienawidzono. Chłopak jednak również dorósł - czasem, przy kolacji wychodził nawet trzaskając drzwiami. Raz nawet podniósł głos w dyskusji!
Był bardzo chory, potrzebował lekarstw - jednak krzyczano: "nie będziemy żywić darmozjada"!
W końcu chłopiec powiedział: "Mam tego dosyć. Pracowałem na was przez pół wieku, a teraz, gdy potrzebuję pomocy, nie chcecie mi dać nawet aspiryny. Dosyć tego! Nie chcę więcej być Skopalem. I tak nigdy nie uznawaliście mnie za swojego. Nazywam się Aiselis. Wyprowadzę się z tego domu!"
Jakże się zdenerwowali! "Jaki Aiselis! Nazywasz się Skopal! Zawsze byłeś Skopalem! Aiselis to tylko takie przezwisko, tak na ciebie wołaliśmy, gdy byłeś mały! Ubzdurałeś sobie, że się tak nazywasz!"
"Przecież sami mówiliście, że nie jestem taki jak wy, nawet mówię inaczej." - odpowiadał Aiselis.
"A skąd! Mówisz tak samo jak my, tylko ciągle się mylisz, bo jesteś głupi!" - odpowiadali.
W końcu wszyscy się rzucili i zamknęli Aiselisa-Skopala na stryszku. Był już bardzo wycieńczony, nie mógł się bronić. Nikt nie zwracał uwagi na jego krzyki, ani na słabe walenie w drzwi. Czasem rzucano mu jakiś ochłap.
Czekali aż umrze. Razem z nim zdechnie przecież problem.

Jak kończy się ta historia?

Lubię myśleć o tym, że Aiselis zdobywa się na nadludzki wysiłek i mimo choroby wywala drzwi ze stryszku, daje staremu Skopalowi w pysk i wyprowadza się, aby żyć na swoją ręką.

Czasem wyobrażam sobie, że Skopal i jego potomstwo zreflektowali się. Przeprosili Aiselisa, pozwolili mu używać jego prawdziwego nazwiska, czasem kupili jakieś leki. A Aiselis mógł urządzić swój stryszek po swojemu, postawił łóżko tam gdzie lubi, w oknie powiesił swoje firanki. A Skopale nie mieli nic przeciwko, żeby na swoim stryszku mówił sobie po swojemu.
Aiselis jest pracowity - może dałby sobie radę mimo choroby, gdyby pozwolono mu samemu gospodarować swoimi pieniędzmi. Może stać by go było na lepsze leki?

Wiem jednak, że Skopale siedzą sobie spokojnie przy stole i śmieją się w kułak. Po co spełniać jego zachcianki, skoro on i tak zdycha? Wystarczy mieć trochę cierpliwości, umrze Aiselis, znikną problemy. Na jego stryszek wprowadzi się któreś z rodzonych dzieci Skopala...

10 lutego, 2004, 16:00
Joseph de Maistre zauważył, że zawsze, bez wątpienia, człowiek będzie rządzony. Ta głęboka w swoim banale prawda nie zawsze może przejść przez gardło rządzącym, jeżeli nie mają klasy. Napoleon zamknął tę samą myśl w alternatywie: można wydawać rozkazy, albo ich słuchać. Człowiek nie może pozostać poza tym spolaryzowanym układem.

Pewnego dnia pułk paryskich przekupek, prostytutek i przebranych za kobiety zabijaków ruszył na Wersal. Ta przebieranka miała w sobie profetyczną moc, jako znak androgynicznych czasów, które dopiero miały nadejść. Nienajświetniejsza ta kompania, przez skórę przeczuwając bezwzględność napoleońskiej alternatywy, postanowiła wziąć swój los w swoje ręce. Udało się - rządzone do tej pory paryskie przekupki wydały rozkaz Ludwikowi XVI, a ten rozkazu posłuchał.

Człowiek, któremu od dzieciństwa wpajano wstręt do królewskości pozbył się jej z ulgą. Król przestał być królem, stał się Capetem. Jednak poddani nie przestali być poddanymi!

Królewskość to najbardziej subtelna i wyrafinowana forma owej elementarnej relacji rządzących i rządzonych. Pięknie ujmuje to Georges Duby w "Czasach katedr" - król, pomazaniec, nosi swoiste brzemię kapłaństwa, w większym stopniu niż ksiądz jest odbiciem Chrystusa.

W obliczu ludzkiego przecież, czyli zdolnego do czynów najgorszych, oblicza wielu władców trudno niektórym pojąć ową boskość władzy.

10 lutego, 2004, 13:50
Fasada Wersalu.Myśląc o rokokowym dworze trzech ostatnich Ludwików przedrewolucyjnej Francji, nieubłaganie staje mi przed oczami obraz pozornie zdegenerowanej, wersalskiej szlachty. I wcale nie trzeba rewolucyjnego zacięcia, aby w ową rzekomą degenerację uwierzyć. Szlachta zamknięta w Wersalu traci swój naturalny habitat, tak jak lampart zamknięty w klatce. Potomkowie paladynów Karola Wielkiego, których od zwykłych ludzi odróżniał miecz, nie cullotes pozornie zaczynają przypominać rosyjską pseudo-szlachtę, dworian.
Rosjanin nie jest szlachcicem. Może być księciem, hrabią, lub baronem, lecz nigdy nie będzie szlachcicem. Szlachectwo odnosi się samo do siebie, nie uzasadnia się przez łaskę monarchy. Nie ma rysu kapłańskiego, który monarchiczności przypisuje Duby, lecz posiada uzasadnienie w transcendencji, nawet jeżeli jest to uzasadnienie pośrednie, z porządku społecznego.
Rosyjski "szlachcic" jest tylko sługą lepszego gatunku, jego szlachectwo jest łaską, łaską która może być cofnięta.
Koneczny powiedziałby zapewne, że to cecha cywilizacji turańskiej.
Francuski szlachcic, nawet po klęsce Frondy, nawet, gdy jest tylko dworzaninem na królewskiej łasce i pensji, nawet gdy król za równych jemu uznaje mieszczan i bankierów, swoje szlachectwo nosi w sobie. Odziedziczył je po przodkach, płynie w jego krwii - nie jest powiązane z monarchą.

9 lutego, 2004, 10:50
Nie znoszę postępowej koncepcji praw zwierząt. Zwierzęta nie mają praw, Stwóca dał nam je, byśmy nimi dysponowali i korzystali, jak z wszystkich innych dóbr na ziemii. Jedynym sensem chronienia zwierząt, takich czy innych gatunków, jest człowiek. Utrzymanie gatunku nie jest wartością autoteliczną, dobrem, jakie powinno nakazywać nam chronienie pewnych zwierząt jest wyłącznie dobro człowieka. Nie napawają mnie odrazą myśliwi, rzeźni nie uznaję za siedliska zbrodni, a popularne w USA "rekreacyjne" strzelanie do piesków preriowych nie zdaje mi się aberracją umysłową.
Z tego powodu nie znoszę antropomorfizacji zwierząt.
A jednak... Nasz domowy kot, którego bardzo lubię, wlazł w rozwarte od góry okno, zaklinował się i szamocząc się uszkodził sobie nerwy, . Sparaliżowało mu połowę ciała, od "pasa" po koniuszek ogona. Gdybym był konsekwentny, uznałbym to za przkry wypadek, jak, powiedzmy, stłuczenie się ulubionego kubka.
Tymczasem, rozpłakałem się (a nie należę do osób płaczliwych, bynajmniej) na widok kotka, z przeraźliwym miauczeniem ciągnącego za sobą bezwładne nogi. Gdy z ogromnym wysiłkiem doczołgał się do kolan Agaty, wszedł na nie i dopiero tam uspokoił - rozkleiłem się zupełnie. A przecież wiem - to tylko zwierze, nie ma duszy, a jego życie emocjonalne jest bardzo proste. Jednak, tak samo jak cieszyło mnie absolutne, psie wręcz przywiązanie naszego kota do mojej Żony, tak samo zasmuca mnie jego choroba. Wydałem dużo pieniędzy na weterynarza, opiekuję się tym zwierzęciem z troską, łącznie z karmieniem i pojeniem strzykawką. Martwię się jego stanem, mam nadzieję, że wyzdrowieje (co podobno jest możliwe).
I nie wiem skąd, mam poczucie, że to mój moralny obowiązek. Rozum dyktuje mi, że nie byłoby nic zdrożnego w uśpieniu naszego kota, w momencie, gdy stał się problemem (zwłaszcza, że nawet weterynarz zdawał się sugerować, że stanowiłoby to dobre rozwiązanie) - jednak coś innego - sumienie, emocje? - wyraźnie określa taki postępek jako zły.

7 stycznia, 2004, 23:30
A jednak, stwierdzenie, że "Niebezpieczne związki" de Laclosa nie są moralitetem, wymaga uzasadnienia. Jako zwolennik katolickiej ortodoksji mógłbym uzasadnić to obecnością tej powieści na kościelnym indeksie; nie uczynię jednak tego, bo wątłe to uzasadnienie - Akwinacie zdarzyło się (na szczęście i dzięki Bogu) awansować z indeksu do roli oficjalnego filozofa Kościoła. Laclosowi to ostatnie nie grozi, na szczęście.

Więc dlaczego nie jest to moralitet? Przecież zło zostaje w nim ukarane - Valmont ginie w pojedynku (tutaj jednak film Frearsa, niczym średniowieczny karzeł na ramionach olbrzyma, przerasta powieść - w filmie Valmont ma niewątpliwą przewagę na Dancenym, granym zresztą przez mętnego Reevsa, który do klasy Malkovicha ma się mniej więcej jak Danceny do Valmonta), Cecylia Volagnes końćzy w klasztorze, Merteuil, oszpecona, ucieka za granicę.

Jednak jako moralitet, książka ta jest nadzwyczaj wątła (ach, Boyu, natrętne to twoje tłumaczenie zostanie mi zapewne w głowie jeszcze na trochę - nie umiem inaczej myśli formować). Po pierwsze, żeby moralitet miał siłę, fatalne następstwa złych postępków, muszą wynikać z ich nieubłaganej logiki, nie zaś z przypadku. Tutaj kara następuje w wyniku małego nieporozumienia.

Świat nie jest tak piękny, że markizom de Merteuil trafia się ospa i wygnanie, o nie! POwiem więcej, najczęściej trafia im się powodzenie, pieniądze i wszelkie doczesne szczęście. Warto zdać sobie z tego sprawę, by nie paść ze zdziwienia w obliczu faktów.

Poza tym, czyż próba uznania "Niebezpiecznych związków" za moralitet nie trąci nieco Samuelem Pipesem, XVII-wiecznym Anglikiem, który w swych pamiętnikach wdzięcznie opisuje, jak to zakupił nieprzyzwoitą książkę, ale w gorszej oprawie i wyłącznie z ciekawości "jak nisko może upaść człowiek"...

Bo cóż tak naprawdę jest genialnego w "Niebezpiecznych związkach"? Czy naciągane, grupowe i mało wiarygodne (chciałoby się rzec: dopisane post factum ukaranie podłych? Czy raczej wspaniałe studium libertynizmu, cynizmu i zwykłej, nie ubranej w greckie słowa, podłości? Do kogo miałby być ten moralitet skierowany? Do libertyna? Libertyn, straszony karą doczesną z słusznym śmiechem wskaże cały legion libertynów, którzy nie sprawiają wrażenia szczególnie pokaranych. Kara boska wzbudzi w nim kpinę; i prawdopodobnie nikt inny, jak Stwórca nie wyprowadzi go z błędu. Dla człowieka porządnego można było zakończyć powieść na scenie, w której Valmont pomaga młodej Cecylii de Volagnes zabić jego własne dziecko, zaś de Merteuil, na wieść o tym, w dopisku do listu pisze, iż "żałuje utraty potomka".
Wstępujące na scenę deus ex machina masowe karanie winnych wzbudza niesmak.

Porządnym człowiekiem nie jest się ze strachu przed ospą, przecież. Libertynom, nawet najgorszego gatunku, ba, nawet tym pozbawionym wdzięku Valmonta, wyposażonym nawet w odpowiednią do plugawej duszy fizjonomię, jak Jerzy Urban, powodzi się doskonale. W czasach de Laclosa libertynom powodziło się równie dobrze, więc nie jest to tylko znak czasów.

Nie odmawiajmy złu wielkości. Malowanie zła jako odrażającego i wstrętnego jest największą pomyłką. Stwórca zaiste postarał się lepiej. Wstrętny Szatan nie skusiłby nikogo; zło jest piękne i pociągające. Przedstawmy zło w całym jego powabie i nie straszmy doczesną karą, bo to kłamstwo ma krótkie nogi. Jest tylko jeden powód, by (daremnie, najczęściej) usiłować być porządnym człowiekiem. Jeżeli komuś ten powód nie wystarczy, groźba zapadnięcia na ospę go na pewno nie przestraszy.

7 stycznia, 2004, 10:14
Pierre-Antoine Choderlos de LaclosPierre-Antoine Choderlos de Laclos. Pod względem historycznym postać niezbyt ciekawa, jeden z wielu szarych i zwyczajnych konformistów, którzy nudną masą wypełniają karty historii Francji (a zatem, do 1815 roku, także karty historii Europy). Z takiej masy wyróżniają się postacie nadzwyczajne, w demoniczny, lub zacny sposób - jak Fouche, Talleyrand, Chateubriand, Rochejacquelin, Cathalineu, a również, last but not least Napoleon, Robespierre i paru innych.

De Laclos jest zwykłym statystą historii - związany z Domem Orleańskim, więc później, rozpędem lojalności, z niesławnej pamięci kuzynem króla, którt stał się Filipem Egalite. Oficer armii królewskiej, później generał w armii Republiki i Konsulatu, dowódca armii neapolitańskiej. Umarł w 1803 roku. Gdyby dożył dni świetności Napoleona, może pamiętalibyśmy jego nazwisko z jakiejś bitwy.

Tymczasem jednak w tym przeciętnym w istocie człowieku, w noetyczny zaiste sposób objawił się geniusz. "Niebezpieczne związki" - oto powieść-arcydzieło! Kilkakrotnie widziałem świetny film Stephena Frearsa, z genialnymi kreacjami Johna Malkovicha i Glenn Close. Nie miałem ochoty konfrontować filmu z książką - jako młody chłopiec nabawiłem się, za sprawą bodajże Kraszewskiego, wstrętu do powieści epistolarnych. Wydawało mi się, że tak wspaniałej historii nie da się dobrze opowiedzieć w listach. Sądziłem, że to, co tak wspaniale zagrał Malkovich i Close, w książce okaże się być nudnym, staroświeckim romansem, rozwlekłym i bladym.

Myliłem się po stokroć! (Na pewno słyszysz, Drogi Czytelniku, jak łatwo przesiąkam stylem! Wyborne tłumaczenie Boya-Żeleńskiego jest tak melodyjne, tak doskonałe, że rzuca się natychmiast na uszy i palce. Trzeba mi będzie znowu poczytać co innego, aby się tej maniery, dobrej u Boya, a śmiesznej u mnie, pozbyć i nie przelać jej do swoich, pożal się Boże, utworów) Film Frearsa był świetny, ale ograniczony filmową formą, nie był w stanie oddać zalet powieści! Piszą niektórzy, że powieść de Laclosa jest moralitetem, wskazaniem (przez marny koniec bohaterów) jak nie należy czynić! Dobre sobie! Ta powieść to hymn na cześć cynizmu, bezwzględnej inteligencji pozbawionej norm, zimnego wyrachowania. Niechże kończą sobie źle, skoro były wielcy. Można okazać wielkość w demonicznej podłości (jak Fouche, przywoływany już tutaj).

Libertynizm zazwyczaj nudny jest jak flaki z olejem. Skoro wszystko wolno, na wszystko można sobie pozwolić, to znika ekscytujące uczucie zbliżania się do granicy, balansowania na niej. Libertyni są zazwyczaj nudni jak pornografia. Tym większe jest mistrzostwo de Laclosa - oto z nudnego libertynizmu wyczarował ekscytującą powieść.

Valmont, odkrywszy, że prezydentowa de Tourvel każe go śledzić, gdyw ychodzi na poranne spacery, postanawia odegrać komedię, aby ująć serce skromnisi. Wynajduje więc ubogą rodzinę, której dom ma być oddany komornikowi i spłaca jej długi. Opisuje to swojej przyjaciółce i kochance, markizie de Merteuil:

"W tej chwili ujrzałem całą rodzinę klęczącą u mych kolan. Przyznaję się do słabości: oczy zwilżyły mi się łzami, uczułem wzruszenie niezależne od woli, ale pełne rozkoszy. Zdumiony byłem odkryciem, jak wiele przyjemności znajduje się czyniąc dobrze, i skłonny jestem przypuszczać, że ci, któych zwykliśmy nazywać cnotliwymi, nie mają może takiej zasługi, jakby się zdawało"

5 stycznis, 2004, 22:50
Generał Augusto Pinochet Ugarte Generał Pinochet Ugarte był na najlepszej drodze, by dołączyć do ciągnącego się od rewolucji francuskiej grona bohaterskich przegranych.

Umrzeć z godnością, to już coś. Zginąć, jak Henri de Rochejacquelin, autor słów "Jeśli będę szedł naprzód - idźcie za mną, jeśli się cofnę - zabijcie, jeśli umrę - pomścijcie". Oto wyzwanie dla człowieczeństwa. Śmierć, z wierności sprawie przegranej, może mieć dwie formy - śmierć żołnierza i śmierć męczennika. Maria Papin umarła śmiercią męczennika, zgwałcona, torturowana, poćwiartowana - nie chciała wydać swoich braci. To ogromne wyzwanie.

Ale jest większe. Żyć i zwyciężyć. A nie da się zwyciężać, nie zanurzywszy dłoni we krwii. A przy tym trzeba jeszcze zachować swoje człowieczeństwo. Nie zyska się już swiętości - ale zyskuje się inną wzniosłość, wzniosłość wojownika. Żołnierzowi trudno stać się świętym, nawet gdyby oddał cały swój płaszcz.

Generał Pinochet Ugarte mógł bohatersko zginąć, jak Rochejacquelin, lub stać się potworem, jak Ungern von Sternberg. Zamiast tego - walczył i zwyciężył. Chile to jedna z nielicznych zwycięskich dla kontrrewolucji wojen od 1789 roku. Z rewolucją nie można walczyć szlachetnie, bo wtedy się przegrywa.

Gdyby generał Pinochet Ugarte zginął bohatersko, znalazłby się pewnie jakiś rewolucyjny chilijski generał Westermann, który napisałby o Chile słowa, jakich francuski Westermann użył po bitwie pod Savenay: "Obywatele republikanie, Wandea już nie istnieje! Dzięki naszej wolnej szabli umarła wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. Skończyłem grzebać całe miasto w lasach i bagnach Savenay. Wykorzystując dane mi uprawnienia, dzieci rozdeptałem końmi i wymordowałem kobiety, aby nie mogły dalej płodzić bandytów. Nie żal mi ani jednego więźnia. Zniszczyłem wszystkich. Litość nie jest rewolucyjną sprawą!"

15 grudnia, 2003, 10:00
"Bywają epoki upadku, w których zaciera się forma, stanowiąca najbardziej immanetny wzorzec życia. Wtrąceni w nie, zataczamy się na prawo i lewo, jak istoty pozbawione równowagi. Z tępych przyjemności wpadamy w tępy ból, a świadomość straty, ożywiająca nas ciągle, ponętniej rysuje przed nami przyszłość i przeszłość. Poruszamy się w minionych epokach i odległych utopiach, podczas gdy teraźniejszość przemija." - pisze Ernst Jünger.

W każdej epoce, następuje zmiana formy. Jeżeli pojmujemy historię po spenglerowsku, zwracając uwagę na istotniejszą, chociaż paradoksalną chronologię cyklów kultura-cywilizacja (dla Spenglera greckie wazowa malarstwo czerwonofigurowe może brać swój początek w obrazach nowożytnych, flamandzkich mistrzów) dostrzegamy dziwaczne i interesujące fluktuacje tej formy. Immanentny model życia, wyłaniający się z biografii Michała z Montaigne jest przecież zgoła odmienny niż model życia Rene de Chateaubrianda.

Forma kwestionuje formy przeszłe; zaprzecza przeszłości i zawsze, i zawsze niesłusznie uzurpuje sobie prawo do ponadczasowości, rozciągającej się przynajmniej w przyszłość. Każde Imperium, każda Rzesza już w pierwszych latach staje się Tysiącletnią - każda forma, gdy tylko powstanie, trwać będzie do skończenia świata.

Jednak nawet gdy imannentny model życia identyfikuje siebie poprzez zaprzeczenie - posiada wspólny wszystkim, występującym w historii formom, rdzeń. Czy wyodrębnimy go przez arystotelesowską abstrakcję, odrzucając cechy przygodne, czy dokonamy eidetycznej redukcji - obajwi nam się rdzeń. Jest nim bycie formą. Istotą formy, stanowiącej immanentny model życia jest bycie formą - obowiązywanie.

Żyjemy w czasach zatartej formy.
Lecz może to tylko nasz brak dystatnsu? Mit starych, dobrych czasów jest wspólny wielu okresom historycznym (może jednak nasza historia nie jest historią postępu, o którym z takim upodobaniem bredzą głupcy, i który miałby być wartością autoteliczną, lecz historią degeneracji?). Może forma jest, a jedynie jej odmienność nie pozwala nam jej dostrzec? Widzimy inne, gdyż spoglądamy na nie z dystansu, a formy, stanowiącej model naszych czasów, nie dostrzegamy, gdyż stanowi dla nas medium, nie zaś przedmiot, poznania?

Byłoby to pocieszające.
Jednak, rzeczywistość jest smutna. Zatarcie formy nie polega na odmiennych normach, lub na ich nieistnieniu. Normy istnieją zawsze.
Istotą jednak naszych czasów jest niezdolność do uznania absolutu. Wewnętrzny paradoks demokracji i liberalizmu (demokracja polega na wolności, póki jest to wolność DO demokracji - nie ma wolności dla wrogów wolności) stał się wewnętrzną sprzecznością naszych czasów.
W formie średniowiecznej długi łańcuch zależności kończył zawsze się w Bogu, o Absolut opierając swoją podstawę. A naszych czasach każdy łańcuch, chociaż nieporównywalnie dłuższy, zawsze kończy się w pustce.

Zatarcie formy polega na paradoksie. Istotą formy jest jej obowiązywanie i immanentność. Coś, co pretenduje do bycia formą naszych czasów, za swoją podstawę uznało jedynie warunkowe, względne, miękkie obowiązywanie i brak immanentności. Pseudo-forma naszych czasów zaprzecza samej sobie. Zabrania się zabraniania. A jeżeli zabroni się zabraniania zabraniania? Żaden zakaz, żaden nakaz, żadna norma naszych czasów nie jest absolutna. Wszystko jest względne i uzależnione od warunków.

Forma jest zatarta i zaciera się coraz bardziej, gdyż usiłowanie nie bycia formą jest istotą jej bycia formą. Kim więc jesteśmy, poruszając się minionych epokach i odległych utopiach? We are the hollow men!

The Hollow Men
T. S. Eliot


I

We are the hollow men
We are the stuffed men
Leaning together
Headpiece filled with straw. Alas!
Our dried voices, when
We whisper together
Are quiet and meaningless
As wind in dry grass
Or rats' feet over broken glass
In our dry cellar

Shape without form, shade without colour,
Paralysed force, gesture without motion;

Those who have crossed
With direct eyes, to death's other Kingdom
Remember us -- if at all -- not as lost
Violent souls, but only
As the hollow men
The stuffed men.

II

Eyes I dare not meet in dreams
In death's dream kingdom
These do not appear:
There, the eyes are
Sunlight on a broken column
There, is a tree swinging
And voices are
In the wind's singing
More distant and more solemn
Than a fading star.

Let me be no nearer
In death's dream kingdom
Let me also wear
Such deliberate disguises
Rat's coat, crowskin, crossed staves
In a field
Behaving as the wind behaves
No nearer --

Not that final meeting
In the twilight kingdom

III

This is the dead land
This is cactus land
Here the stone images
Are raised, here they receive
The supplication of a dead man's hand
Under the twinkle of a fading star.

Is it like this
In death's other kingdom
Waking alone
At the hour when we are
Trembling with tenderness
Lips that would kiss
Form prayers to broken stone.

IV

The eyes are not here
There are no eyes here
In this valley of dying stars
In this hollow valley
This broken jaw of our lost kingdoms

In this last of meeting places
We grope together
And avoid speech
Gathered on this beach of the tumid river

Sightless, unless
The eyes reappear
As the perpetual star
Multifoliate rose
Of death's twilight kingdom
The hope only
Of empty men.

V

Here we go round the prickly pear
Prickly pear prickly pear
Here we go round the prickly pear
At five o'clock in the morning.

Between the idea
And the reality
Between the motion
And the act
Falls the Shadow

For Thine is the Kingdom

Between the conception
And the creation
Between the emotion
And the response
Falls the Shadow

Life is very long

Between the desire
And the spasm
Between the potency
And the existence
Between the essence
And the descent
Falls the Shadow
For Thine is the Kingdom

For Thine is
Life is
For Thine is the

This is the way the world ends
This is the way the world ends
This is the way the world ends
Not with a bang but a whimper.

1 grudnia 2003, 09:34
Przeglądając pliki na komunikatorze, znalazłem parę zapisków, poczynionych w chwilach nudy. Oto jeden z nich:

Siedzę w kawiarence, przy głównej ulicy w Katowicach - twarzą do szyby, na wysokim stołku, przy niby-barze, patrząc na ulicę jak widz w teatrze. Przeżywam ciche braterstwo z obcymi ludźmi, siedzącymi obok; tak jak ja, czymś zajęci, co jakiś czas podnoszą oczy na świat. Z lewej strony dziewczyna, niezbyt ładna, chociaż o sympatyczna, pewnie studentka - zakreśla kolorowym flamastrem fragmenty w skserowanym tekście, z prawej zwykły facet w polarze pije kawę. Czy dziewczyna studiuje coś interesującego? Zaglądam jej przez ramię. Rozczarowanie - analiza przedsiębiorstwa...
Czasem ktoś po drugiej stronie szyby zatrzyma się, przeglądnie się w szybie poprawiając włosy, czy przyglądając się krytycznie swojej sylwetce - mam wrażenie, jakbym siedział za weneckim lustrem, a przecież wiem, że szyba jest zwykła, przeźroczysta - ten śmieszny, siwy mężczyzna musi mnie widzieć, może tylko mnie nie dostrzega, patrząc tak, jak zwykle patrzy się na sklepowe wystawy, nie dostrzegamy przecież twarzy modeli i manekinów.

27 listopada 2003, 09:34
Madziarskość jest metaforą - w materii barbarzyńskiej łacińska kultura rzeźbi kształt cywilizacji. Joachim jest Węgrem właśnie dlatego.

Lecz węgierskość jest również rzeczywistością. Węgrzy, jak większość nacji o jakimś znaczeniu dla historii (bo jakie znaczenie w historii mają Słowacy?) są narodem megalomanów.

Piękny przykład węgierskiej megalomanii:
HUNGARIAN HISTORICAL CHRONOLOGY, FROM A TURANIAN PERSPECTIVE

Czyż to nie wydaje się znajome:
"Following the reign of the Hungarian ruler Géza, during which foreign interests gain increasing influence under the guise of Christianization, Géza's son István (Stephen) is installed as king of Hungary with the assistance of foreign armed intervention, in violation of ancient Hungarian traditions and of the sacred Covenant of Blood. Koppány, the rightful heir to the throne and leader of the national resistance is captured and quartered. Under the rule of István, feudalism and Christianity are imposed by force. The ancient Hungarian runic scriptures are burned and the traditionalist leaders and priests persecuted and exterminated. The Westernization of Hungary results in the enslavement of the Hungarian population under an increasingly foreign feudal ruling class and church where foreign influences and foreign interests become predominant."
Retoryka jest zadziwiająco podoba o naszych rodzimych Wróciwojów, Grzmotosławów, Darzborów i innych narodowców-neopogan, którzy na siłę żenią katolika-ateistę Dmowskiego ze Swarożycem.

A jednak: archeolodzy i językoznawcy zgadzają się co do językowego pokrewieństwa Madziarów i Sumerów. Kultura materialna Hunów (których potomkami są jakoby transylwańscy Szeklerzy - Maygar Szekely), Awarów i Węgrów w VIII wieku stoi dleko wyżej niż np. kultura materialna Słowian.

Założywszy więc, że prawdziwa jest teoria o sumeryjskim pochodzeniu Węgrów - trudno znaleźć jakikolwiek naród o szlachetniejszych, bardziej starożytnych korzeniach.

Czy zatem węgierska megalomania nie jest uzasadniona?

Nie jest. Niemcy w ciągu 50 lat z narodu wielkiego, chociaż spoglądającego w otchłań zdołali przeobrazić się w naród Helmutów - śmiesznych ludków, stanowiących odrażający mariaż wschodniopruskiego prowincjalizmu, protestanckiej etyki pracy (lub, raczej, protestanckiego sposobu bycia wołem roboczym)i libertyńskiej swobody obyczajowej. Dziesięć tysiącleci to aż nadto, aby się zdegenerować, skoro Niemcom wystarczyło na to pół wieku.

Sumeryjskie korzenie Madziarów nie mają najmniejszego znaczenia, tak jak najmniejszego znaczenia nie miałoby rzekome sarmackie pochodzenia polskiej szlachty. Chociaż poznałem parę archeologiczno-historycznych i paleolingwistycznych teorii o nie-słowiańskim pochodzeniu polskich rodów szlacheckich.

Jednak bez wątpienia mogą być Węgrzy bezwzględnie dumni z powstania w 1956 roku. Budapeszt jest Wandeą XX wieku.
Z Wandeą łączy go wiele: plebejski charakter rewolucji, lewicowa, lub wręcz komunistyczna przeszłość wielu przywódców (jak wielu z Wandejczyków w 1789 roku stało po stronie Rewolucji!). Tam, gdzie ludzie dla idei kładą na szali swoje życie, pojawia się szlachetność. Tam, gdzie nie oddają go bezwolnie, lecz podejmują walkę, nawet beznadziejną, pojawia się wzniosłość.

24 listopada 2003, 01:00
 Yukio MishimaMishima Yukio Mishima, ten pisarz o dwóch twarzach, jest rzadkim pozytywnym przykładem dominacji życia nad literaturą. On sam jest książką - ponurą, krwawą i dziwaczną, jak "Ran" Kurosawy.

Najważniejszy utwór Mishimy powstał 25 listopada 1970 roku. Nie napisał go piórem, lecz mieczem, popełniając samobójstwo.

Czy Japończycy mogli zrozumieć jego wezwanie do odrodzenia Imperium? Naród zajmujący się eksportem elektroniki i pornografii z udziałem wiecznie niedojrzałych nimfetek w szkolnych mundurkach? Stu ludzi uzbrojonych w miecze zajęło siedzibę japońskiej niby-armii. Jest to podwójnie komiczne: po pierwsze, w całej Japonii Mishima znalazł tylko stu ludzi. Po drugie, stu młodzieńców z mieczami wystarczyło by zdobyć ten budynek.

Mishima był szaleńcem, to oczywiste. Oczywiście w naszych, europejskich kategoriach, które pozostawały mu dobrze znane.

Nigdy nie zrozumiałbym sensu jego opowiadań bez wcześniejszej lektury "Chryzantemy i miecza" Ruth Benedict. I oto książka napisana na zlecenie amerykańskiej armii, okupującej Japonię, tłumaczy mi słowa człowieka, którego największą życiową tragedią był fakt spędzenia drugiej wojny światowej w fabryce.

Czy Mishima jest japoński czy europejski? Jest postacią szekspirowską, czy z teatru kabuki? Jego homoseksualizm jest platoński, czy raczej samurajski?

Ten człowiek, obdarzony absolutnym słuchem literackim, ten budowniczy dramatu zachwyca się grafomańskim markizem de Sade. Oczywiście, Mishima również był perwersyjny - ale perwersja nie zatyka uszu na grafomanię.

Kolejny artysta klęski.

12 listopada 2003, 22:40
Lampart, książe Salina, jest artystą klęski. Jego konserwatyzm jest wirtuozerią porażki. Nikt tak pięknie nie przegrywa, jak prawdziwy arystokrata.

Czy konserwatyzm jest sztuką zawierania kompromisu? To piękna wizja - wielkodusznie pozwalamy na pewne ustępstwa, jednocześnie niezłomnie trwając przy najważniejszym rdzeniu zasad. Taka koncepcja wymaga umiejetności kartografa, potrzebnych, aby wytyczyć wyraźną, nieprzekraczalną granicę.

Giuseppe Tomasi książę di Lampedusa, autor krótkiego kompendium przegrywania - Lamparta Co jest, oczywiście, niemożliwe. W obliczu sztuki kompromisu każda granica zawsze jawić będzie się jako niepotrzebny, szkodliwy upór. Co gorsza, nieelegancki i prowincjonalny upór.Zawsze można przecież postawić kolejny, maleńki krok do tyłu (och tak, tym razem już ostatni!), ustępując. A na samym końcu tej przebytej maleńkimi kroczkami ścieżki znajdujemy zawsze tą samą przepaść.

Jakże naiwnie myli się młody Tancredi. Jak śmiesznie mylą się wszyscy ci, którzy dziś z nadzieją i uśmiechem powtarzają "Wiele się musi zmienić, aby wszystko pozostało po staremu". Mój drogi Tancredi, nie pomoże małżeństwo z piękną córką bogatego parweniusza - tak się nie ratuje rodowej fortuny, tak się ją bruka. Oczywiście, cóż innego można uczynić? Zbankrutować? Żebrak-alkoholik, opowiadający przy wybłaganej w knajpie wódce o swoim ojcu - baronie?

Niestety, ta alternatywa nie istnieje. Jest nierealna - jest złudzeniem, jakże pięknym - "możemy czegoś dokonać, coś ocalić". To nie jest nawet, jak powiedzieliby niepoprawni optymiści, wybór mniejszego zła. To po prostu wybór między jedną klęską a drugą. Realna jest jedynie rzeczywistość klęski. Wszystko się zmieni i nic nie pozostanie po staremu, drogi Tancredi. Och, mój Boże - nie mówimy przecież o zbliżającej się klęsce! Wszystko już się zmieniło i nic nie pozostało po staremu.

Stajemy więc na rozstajach. Początkowo obie drogi biegną blisko siebie - nieraz nawet się krzyżują. Jedna droga to sztuka kompromisu. Druga droga sztuka walki. Na pierwszej przydadzą się dobre maniery, na drugiej karabin i parę skrzynek amunicji. Obie drogi prowadzą do tej samej przepaści.

Gdy ukochany pies don Fabrizia, księcia Saliny zdechł, wypchano go. Po siedemdziesięciu latach zostaje wyrzucony na śmietnik.

Lampedusa z żoną (łotewską arystokratką)  i psami. "Gdy ciągnięto wypchane zwierzę, szklane oczy spojrzały na nią z pokronym wyrzutem rzeczy, którą się usuwa, którą chce się zniszczyć. Kilka minut później to, co zostało z Bendica, rzucono w kąt podwórza, które codziennie odwiedzał śmieciarz. Podczas lotu z okna kształt psa zmienił się na chwilę: można było dostrzec tańczącego w powietrzu lamparta o długich wąsach, z uniesioną przednią łapą, która zdawała się wygrażać. potem wszystko zamarło w usypisku sinego kurzu" (Giuseppe Tomasi książę di Lampedusa, "Lampart")

7 listopada 2003, 12:46
Hitler interesujący jest w dekadzie 1923-33. Wcześniej jest nikim, później jest nudny. Dekada zdobywania władzy jest pouczająca i ciekawa.

7 listopada 2003, 12:46
Marek przyjeżdża. Nareszcie.

Mishima Yukio powiedział: "Jestem dokładnie takim Japończykiem, jakim wyobrażają sobie Japończyka Europejczycy." Studiował w Europie: może to dało mu tak głębokie zrozumienie istoty tożsamości pisarza?

5 listopada 2003, 12:20
Czytam "Studium tyranii" Bullocka.
Adolf Hitler nie znosił alkoholu, nie palił i był zaciekłym wegetarianinem.
To symptomatyczne.

Po wegetarianach przychodzą kanibale. (Ernst Jünger)

Joseph FoucheHitler jest zadziwiająco podobny do Josepha Fouche. Nie na płaszczyźnie polityki - obaj są oportunistami, marzącymi tylko o władzy, lecz jednak Hitler zdaje się być bardziej przywiązany do idei (chociaż bez fundamentalizmu - porzucił radykalizm braci Strasserów dla pieniędzy wielkiego biznesu). Fouche zmienia strony konfliktu jak rękawiczki, przechodząc na strone zwycięzców zawsze na parę chwil przed zwycięstwem; Hitler wiedzie swoje ugrupowanie do zwycięstwa. Należą do różnych typów graczy politycznych. Fouche jest elastyczny - do celu (władzy) dąży dostosowując się do warunków, ślizga się w materii polityki. Hitler jest ostry - do swojego celu (władzy) dąży nie zważając na warunki, przebija się przez materię polityki. Fouche działa jak rajd grupy komandosów, Hitler jak nawała artyleryjska. Obaj są skuteczni. Zadziwiające podobieństwo tych dwóch postaci zasadza się na braku namiętności. Nie mają pasji, nie interesują ich kobiety, alkohol, orgie, bogactwo, dworskość. Jedyną ich obsesją jest władza. Obaj są zbrodniarzami.

Franz von Papen Niemiecka pełzająca rewolucja 1918 - 1933 wykazuje pewne podobieństwo do rewolucji francuskiej. Warstwa fabularna jest zupełni inna, inny jest sztafaż ideologiczny, inna jest wreszcie pozycja startowa. Zadziwiająco podobnie są tylko aktorzy: Goering - Danton, Strasser - Robespierre, Hitler - Fouche, Goebells to inteligentniejsza wersja Marata.
No i przeciwnik nazistów, Franz von Papen - kanclerz. Wspaniały arysokrata, ze starego rodu, świetny żołnierz, kawalerzysta, katolik, konserwatysta, monarchista. Cóż z tego - przegrał, podobnie jak francuska szlachta.

Hitler i Ludendorff, pucz 1923Pucz 1923. Hitler i Ludendorff prowadzą uzbrojonych SAmanów przeciwko Republice. Drogę zagradza im uzbrojona policja - jednak SAmanów jest kilkakrotnie więcej. Ktoś pierwszy naciska spust - zaczyna się ogólna strzelanina. Hitler, Rohm, Goering, cała reszta przywódców NSDAP ucieka w popłochu - chociaż wszyscy przecież to frontowi żołnierze, oswojeni z ogniem, często odznaczeni za odwagę. Hitler rzuca się na ziemię, przekonany, że jest ranny. Tymczasem Ludendorf z pogradliwym uśmiechem, wyprostowany, idzie do przodu. Roztrąca karabiny zdziwionych policjantów.
Dlaczego tylko on?

2 listopada 2003, 15:51
Hyazinth graf Strachwitz von Grosse-Zauche und CamminetzHyazinth graf Strachwitz von Gross-Zauche und Camminetz
Jeden z niemieckich asów pancernych II Wojny Światowej. Arystokrata ze starej, śląskiej szlachty - jego przodkowie walczyli pod Legnicą, z Tatarami. Urodził się i wychował w należącym od klikuset lat do jego rodziny zamku w Grosstein = dzisiaj Kamień Śląski - zamek, zniszczony już przez "wyzwolenie" Śląska w 1945 roku, przekazano polskiej armii - spłonął w 1973 roku - w 1990 wykupiony i pięknie wyremontowanu przez Kurię Biskupią w Opolu. W zamku do dziś znajduje się kaplica św. Jacka - imię Hyazinth (Jacek) od lat nadawano pierworodnemu w rodzinie Strachwitz.
Przed I Wojną Światową - jak przystało na rycerza - świetny jeździec, strzelec i szermierz, w pułku Kirasjerów Gwardii Wilhelma II. W czasie I Wojny - jeniec we Francji, po wojnie członek Freicorpsów na Śląsku, potem żołnierz w Reichswehrze. W czasie drugiej wojny odznaczony wszystkimi klasami Krzyża Żelaznego (I klasy, II klasy, Krzyż Rycerski, Dębowe Liście, Miecze, Diamenty), Krzyżem Niemieckim i innymi odznaczeniami. Zniszczył kilkaset radzieckich czołgów. Walczył jak przystało na rycerza - kirasjer nowoczesnej wojny, osłonięty pancerzem Tigera I, zamiast kirysem i kaskiem.
Zmarł w 1968 roku - przy jego trumnie wartę trzymali oficerowie Bundeswehry. Co, pamiętając o zdegenerowanym charakterze i tożsamości narodowej współczesnych Niemców, nie ma żadnego znaczenia. Jemu, rycerzowi, szlachcicowi i żołnierzowi ta warta nie była potrzebna - im nie pomogła.

2 listopada 2003, 12:15
Obejrzałem właśnie "Cross of Iron" Sama Peckinpaha, film genialny. Nakręcony w roku 1977, ale nie wydaje się być archaiczny. Film wojenny - rok 1943, front wschodni - główny bohater to sierżant Steiner (po angielsku głupio wymawiany jako "Stajner" zamiast "Sztajner"), dowódca plutonu Wehrmachtu. Sceny batalistyczne nie mają w sobie siły batalistyki z "Saving private Ryan" czyJames Coburn jako sierżan Steiner w Cross of Iron Sama Peckinpaha "Kompanii braci" lecz, wierzcie mi, w niczym nie przypominają standardowego "ba-ba-ba-ba-ba-ba-bach" a'la "Czterej pancerni" czy "Parszywa dwunastka" - w końcu to Peckinpah, człowiek który nakręcił "Przynieście mi głowę Alfredo Garcii"! Peckinpah nie bazuje na rozedrganej kamerze, zachlapanym krwią obiektywie - nie udaje, jak "Szeregowiec Ryan", że operator,a z nim widz, biegnie razem z żołnierzami po plaży Omaha. Ryan to krwisty realizm (w zakresie batalistyki) - Peckinpah to krwawy, okrutny ekspresjonizm. Wbrew klasycznej formie filmu wojennego, film jest bardzo awangardowo zmontowany, sceny batalistyczne są gęsto przetykane przebitkami na sceny z kantyny, czy koszarów - pozornie bez sensu.
Jako film historyczny, ma parę potknięć (Niemieccy żołnierze i oficerowie noszące włosy a'la Beatles i sumiaste wąsika!) - ale nie jest to film historyczny. Główny bohater jest uniwersalną figurą - cyniczny, wrażliwy, lojalny, sprawny, bezwzględny, zimny.
"Cross of Iron" nie ma nic wspólnego z głupawą apoteozą wojny w stylu "Czterech pancernych" ani z nieporównywalnie wartościowszą artystycznie, lecz równie głupawą na poziomie przekazu apoteozą pacyfizmu z "Plutonu". Wspaniale zarysowane postacie: pułkownik wraz ze swoim adiutantem - intelektualistą. Adiutant, drwiący sobie z wojny, niby-pacyfista, gdy na parę chwil przed nieuchronną klęską, zostaje odesłany do Rzeszy, nie chce jechać. Porucznik Trivic (?) - pedał, wbrew początkowej sympatii widza okazujący się kanalią. Wreszcie główny schwarzcharakter - pruski arystokrata, kapitan. Bufon, dureń, któy przyjechał na front wschodni "zasłużyć na swój żelazny krzyż". Początkowo mogłoby się wydawać, że to najabrdziej papierowa i płaska postać w całym filmie, klasyczny zły bohater, bez dobrych cech i ludzkiego oblicza. Jednak to Peckinpah, tutaj nic nie jest czarno-białe, i pruski kapitan okazuje klasę. Piękne, westernowe postaci żołnierzy z plutonu Steinera - okrutne typy, zabijaki, zielony rekrut, snajper-kucharz, głupi "oficer polityczny".
Okrutna scena, w której Rosjanka zmuszona, na oczach skulonej w kącie dziewczynki, do seksu oralnego odgryza przyrodzenie swojemu oprawcy, okrutnemu "politycznemu" (ktróy wcześniej, podczas akcji likwidowania wartowników, mimochodem zrywa kwiatek, i wkłada sobie do kieszeni na piersi - u Peckinpaha nic nie jest czarno-białe) - polityczny zabija dziewczynę kolbą - Steiner zostawia go z pojmanymi rosyjskimi kobietami-żołnierzami, które rozszarpują zabójcę swojej towarzyszki. Razem z najbardziej plugawą postacią plutonu ginie najbardziej niewinna - młody rekrut. Śliczna rosyjska dziewczyna daje mu pić - i ze łzami w oczach wbija w plecy nóż. Chłopak, umierając, mówi do swego dowódcy - "tylko nie krzywdzcie dziewczyn".
Kawał wspaniałego, męskiego, podniosłego kina. Pekinpah dostrzega to, co należy dostrzec w wojnie.

1 listopada 2003, 21:30
Wczoraj - miła i interesująca rozmowa przy piwie z drem Łęckim, w Jazz Clubie Hipnoza w Katowicach.
Rewelacyjny klub - bez porównania do starego, stołówkowatego Jazz Clubu w tym samym miejscu.
Rozmowa, jak zwykle, rozwijająca. Parę myśli:

O pisarstwie. Przy UJocie jest szkoła poetów - założył ją Maciej Słomczyński (św.pamięci), wykładają tam Miłosz, Szymborska i inni. I niczego nie mogą nauczyć. Nie odmawiamy im umiejętności - Szymborska pisze najlepsze wiersze o Stalinie, jaki zdarzyło mi się czytać, Asnyk to przy niej pętak. A jednak... Są to umiejętności nieprzekazywalne.
Wiele może natomiast nauczyć King, w swojej książce-podręczniku o pisaniu. Dlaczego? Ponieważ King jest świetnym rzemieślnikiem, świadomym swego warsztatu - i może się tym warsztatem podzielić, natomiast czy można nauczyć kogoś pisania niebosiężnych wierszy?
King nie nauczy nikogo jak być pisarzem - jego książka ma bardziej charakter opowieści "jak ja piszę powieść" niż "jak pisać powieści", natomiast pouczające może być podpatrywanie warsztatu mistrza.

Ogólne ubolewanie nad marnością ludzkiej kondycji. Zgnilizna jest immanentną, a, co gorsza, również dominującą cechą każdej formy ludzkiego życia społecznego. Co stwierdziliśmy zgodnie: dotyczy w równym (a może w podobnym) stopniu politechnik, uniwersytetów i klubów piłkarskich. Pytanie, które należy zadać: jak postępować w obliczu takiej rzeczywistości?
Co generalnie nad wyraz dobrze koresponduje z konserwatywnym sądem, głoszącym, iż ludzie z natury są źli.

30 października 2003, 22:30
Jeżeli uda się nam to, co udało się Kaszebom kilka lat temu, zobowiązuję się że zacznę prowadzić ten dziennik w dwóch wersjach językowych:

Potrzebujemy języka!, Józek Kulisz
O ślönskij ortografii, Piotr Kalinowski

Ale to nie jest takie proste... Józek Kulisz pisze:

"Aby przeciwstawić się negatywnym stereotypom i przywrócić naszej mowie piękno, sami musimy się nauczyć pięknie jej używać. Potrzebujemy ludzi, którzy pokażą nam na nowo, jak to zrobić, jak można się naszą mową posługiwać pięknie, ozdobnie i elegancko. Potrzebujemy więc literatury: wierszy, pieśni, poematów, powieści, na których będziemy mogli się wzorować. Uporządkowana, logiczna struktura języka jest czymś w rodzaju rusztowania albo szkieletu, w oparciu o który może powstać piękny utwór. Utalentowanych pisarzy i poetów nie można zaplanować i "wyprodukować". O to możemy się tylko modlić. Można natomiast zrobić ten pierwszy krok i dać im "narzędzie" w postaci szlachetniejszej formy języka. Możemy też stworzyć atmosferę sprzyjającą rozwojowi potencjalnych talentów."

Ma rację. A jednak - nie umiem sobie wyobrazić siebie, piszącego "literaturę piękną" po śląsku. Dlaczego? Kulisz cytuje przedwojennego, polskiego oficera z garnizonu w Tarnowskich górach:
"Niewątpliwie górujemy nad Ślązakami kulturą społeczną i towarzyską, a szczególnie najdoskonalszym narzędziem ludzkim - mową poprawną. Choć wielu z nich stoi od nas na pewno znacznie wyżej pod względem intelektualnym, czy też możliwości materialnych."
Czy ja, Ślązak, dałem się tak ukształtować, że podświadomie nie potrafię przyznać własnemu językowi należnej mu wartości? Czy uwierzyłem, że to polszczyzna jest "mową poprawną"? My, Ślązacy, zgodziliśmy się na to - można mówić po śląsku, albo poprawnie. A ja nie mogę zgwałcić swojego mózgu. Nie chodzi tutaj o umiejętności - dałbym radę, chociaż moje godanie nie jest doskonałe. Potrafię dobrze pisać po angielsku, potrafiłbym i po śląsku. Może chodzi o to, że pisząc po śląsku automatycznie skazałbym się na jakieś śmieszne, cepeliowe, regionalne getto? Pewnie też.
Ale zostawmy tutaj względy praktyczne (ilu jest na świecie ludzi, rozumiejących śląski dialekt? milion? osiemset tysięcy?) - sam akt pisania po śląsku byłby dla mnie czymś obcym. Amputowano mi część tożsamości.
Lecz jednak język nie określa świadomości. Zawsze będę Ślazakiem, piszącym po polsku. Janicjusz nie stał się Rzymianinem. Moja śląskość jest głębiej.

30 października 2003, 19:15
Albin (nasz kot) zwiał na cały dzień. Martwiliśmy się o zbója, ale wrócił.

30 października 2003, 10:50
Wątpię, żeby poźniej udało mi się utrzymać takie tempo pisania mojego dziennika. Ba, nawet nie będę próbował. Teraz piszę o sprawach, które zbierały mi się od pewnego czasu.
Agatka w szkole, a ja w domu. Przeczytałem wczoraj "Wg św. Malachiasza" Wolskiego, siedziałem najpierw 4 godziny w wannie, potem w łóżku, do 2 w nocu. Chyba warto było. Nie jest to taki majstersztyk jak "Alterland", ale dobra.

Dzisiaj skończę korektę Joachima II na papierze i zacznę poprawiać plik. Ciekawe, czy Panowie z "fabryki słów" dotrzymają terminu?

Joachim przypomina mi o jednym - czytałem parę dni temu Herberta. Znalazłem jego wiersz o Charlottcie Corday. To jedna z największych postaci rewolucji francuskiej.

Madamoiselle Corday
Zbigniew Herbert

W sukni sinej jak skała - Charlotta - słomkowy kapelusz
dwie wstążki mocno zaciśnięte
pod brodą - pochyla się nad Maratem
i szybciej niż spadająca gwiazda - wymierza sprawiedliwosć

Za ścianą turkot miasta Bębny rewolucji

A dalej - las - pole - strumień - pierzaste obłoki - skłony
powietrza, dziki łubin - ślaz

I wszystko było normalne
w ten dzień nieodwracalny

Sztywno wyprostowana jechała Panna Corday
odziana - jak sąd nakazał - w suknię ojcobójców
pośró wyjących tłumów rzucanych w twarz ogryzków
jechała na stracenie w duszny dzień przez Paryż
pośró złorzeczeń ale jakby w koronie
na krótko obciętych włosach

Należy jej się pomnik lub przynajmniej obelisk
za to, że całą była z mitycznych czasów
kiedy autorzy greccy albo rzymscy
i czytelnicy przy lampce oliwnej lub świecy
pakt zawerali i mocno wierzyli
że obrona wolności jest rzeczą chwalebną

Panna Corday po nocach czytała Plutarcha
książki brano na serio

I chociaż to bezczelność (bo znaj proporcją, mociumpanie), fragment mojego opowiadania "Otchłań":

"(...) Oblężenie będzie trwało dziesięć godzin, zginie w nim trzydziestu czterech rewolucjonistów. Wywoła to oczywiście wściekłość pozostałych. Podziw, jaki Joachim będzie żywił dla heroizmu obrońców nie łączy się z sympatią. Nie zrobi niczego aby powstrzymać piekło, jakie w domu starego krawca rozpętają rewolucjoniści. Gdy tylnymi drzwiami wymknie się czternastoletnia dziewczyna, niezauważona przez oprawców, będzie się z zaciekawieniem przyglądał tej ucieczce - gdyby było z kim, chętnie założyłby się, czy uda się dziewczynce uciec. Nie zaalarmuje swoich ludzi, lecz nie pomoże dziewczynie - gdy przybiegnie i uwiesi się u jego strzemienia, prosząc o łaskę, Joachim pomyśli - "Oto otchłań" i odepchnie dziewczynę kopniakiem. Mała wbiegnie w pierwszą przecznicę - uda jej się uciec. Zbiegnie do rodziny na prowincji, opowie o wszystkim, co widziała. Gdy mężczyźni, których błagać będzie na kolanach, aby poszli walczyć z diabłem, będą po kolei tchórzyć, przeprosi Najświętszą Panienkę i obieca swoje młode ciało temu jednemu, Ostatnia droga Charlotty Corday.który weźmie broń i pójdzie walczyć. Większość będzie miała na tyle przyzwoitości, by po prostu z płonącymi ze wstydu policzkami uciec do swoich sypialni. Jeden skorzysta - bezwzględny cynik, którego mała pokocha. Gdy już pozbawi ją cnoty, bezwzględnie i zimno powie, że nie wybiera się na żadną wojnę. Dziewczyna, w akcie rozpaczy, wbije mu w brzuch sztylet i wsiądzie do pierwszego dyliżansu do stolicy. Tutaj, podając się za prostytutkę, zbliży się do jednego z najważniejszych komisarzy, Hansa Plume, i zabije go w kąpieli. Przed sądem w ujeżdżalni powie, że zrobiła to co zrobiłby każdy mężczyzna, gdyby jakiś jeszcze był w tym kraju - lecz ostatnim mężczyzną był jej ojciec, który, nawet przybity piką do ściany zdołał jeszcze zastrzelić jednego rewolucjonistę. Nikt z sędziów nawet nie zauważy, że dziewczyna nie próbuje się tłumaczyć. Tego samego dnia odłamek kartacza, wielkości męskiej dłoni, uderzy w jej brzuch, masakrując wnętrzności. Będzie żyła jeszcze, gdy czternastoletni chłopiec, który wychowywał się w suterenie kamienicy stojącej o czterdzieści kroków od jej rodzinnego domu, pchnie ją piką w pierś. Kilka dni wcześniej w Derflingen zostanie otwarta szkoła, w której tacy właśnie młodzieńcy uczyć się będą rewolucyjnej bezwzględności i zapału. Martwe już ciało dziewczyny zepchnie do dołu grupa skazańców, bardzo szczęśliwych, gdyż od trzech dni obsługują miejsce egzekucji, zamiast samemu stawać ze skazanymi. Dusza dziewczyny wejdzie do nieba osobną bramą dla wojowników - w tej bramie patrzy się na inne cnoty, niż w bramie dla zwykłych ludzi. Wiele mogą wybaczyć, lecz jeszcze więcej wymagają. Nie wprowadzają przez tą bramę dusz anioły, lecz walkirie. Tymczasem jednak dziewczyna siedzi w swoim pokoju z niańką, niby przestraszona, lecz bardziej rozbawiona całą sytuacją. Jakież to zabawne, wszyscy siedzą razem w domu, nie trzeba nic wielkiego robić, to prawie tak zabawne jak podróż na wieś w lecie! Tylko tata i bracia tacy poważni, z bronią. I Hoss, uczeń taty, taki śliczny, tak dorosły i taki męski, chociaż ma dopiero szesnaście lat - tak ślicznie wygląda przy oknie, jak żołnierz na warcie, spoglądając przez lekko rozsuniętą okiennicę, gdy ściska w dłoniach pistolet. Tak, taka rewolucja to bardzo zabawna i romantyczna rzecz."

30 października 2003, 10:30
Ernst Junger, 1920 (Reichswehra?). Na szyi Pour Le Merite, na piersi Eiserne Kreuz, I klasy. Brakuje Krzyża Żelaznego II klasy, który widać na zdjęciach z II Wojny Światowej. Najwyższy niemiecki order podczas I Wojny Światowej nosi francuską nazwę - Pour Le Merite. Ostatni pogłos czasów, w których wielki Fryderyk stwierdził (po francusku, oczywiście) że język niemiecki podobny jest do szczekania psów i zabronił mówienia po niemiecku w swoim towarzystwie. Ten sam Fryderyk wynalazł Niemcy.

Enrst Jünger na zdjęciu obok tkwi w niemieckiej, militarnej tradycji. Na szyi Pour Le Merite - order stworzony w 1667 roku, nazwany "Pour le Merite" przez Fryderyka Wielkiego w roku 1740. Na piersi Żelazny Krzyż - Eiserne Kreuz, ustanowiony przez Fryderyka Wilhelma III, w 1813 roku, za walkę z Francuzami o wyzwolenie Prus.

Poniżej widać rękojeść szabli - ozdobnej, lekkiej, oficerskiej wersji sławnego "blüchera" - szablę tę, wzorowaną na szabli angielskiej,Feldmarshall Gebhard von Blücher. wprowadzonu w lekkiej kawalerii pruskiej w roku 1811. Z racji swoich zalet została przez Francuzów okrzyknięta bronią niehumanitarną, co nie wadziło używać jej polskim szwoleżerom gwardii. Szabla otrzymała swoją, do dziś używaną nazwę, po marszałku polnym Gebhardzie von Blücher, zwanym też marszałkiem Vorwarts! - jako stratego nie był zbyt wyrafinowany, acz skuteczny. Znak czasów - za młodu późniejszy pogromca Napoleona wstąpił do szwedzkiej kawalerii i walczył przeciwko Prusakom...

Pour Le Merite został zniesiony 9 listopada 1918 roku, wraz z abdykacją cesarza Wilhelma II. Ernst Jünger zmarł w roku 1998 - był ostatnim człowiekiem, noszącym ten order. 300 lat wojennej tradycji nie mogło znaleźć świetniejszego zakończenia.

30 października 2003, 10:00
Marek Piwoński miał mnie dziś odwiedzić. Nie przyjedzie - szkoda. Spadł z konia - cóż za szlachetna kontuzja. Mam nadzieję, że to nic poważnego. Zerwane więzadła w kolanie Maćka czynią mnie nieufnym wobec sportu. Wolę nie myśleć, jakiej kontuzji można nabawić się na strzelnicy. Mam nadzieję wznowić regularne treningi szermiercze z Krzysiem w najbliższym czasie, w czym wydatnie mi przeszkadzają panie z dziekanatu Krzyśka.

Jutro spotkam się z drem Łęckim. Wariuję siedząc w domu.

30 października 2003, 10:00
Dandys jako konserwatywny nihilista.
Jünger (po lewej) przed szturmem, Cambrai 1917. W kieszeniach na piersiach granaty.Dandys to gentleman wśród gentlemanów. Gentlemanem jest się przez odniesienie, nie ma elity bez plebsu - podobnie dandys, on zmienia jednak punkt odniesienia. Dla dandysa poczucie wyższości wobec niskich stanem jest uczuciem niegodnym. Dandys może nawet stylizować się na grubianina, aby ukazać gentlemańskiej klasie średniej swą wyższość; oto nie krępuje go zupełnie to, co ich skuwa i zniewala. Oto jest dandys najdworniejszym człowiekiem, nie dbając o konwenans; oto może być wyrafinowany, znajdując upodobanie w rzeczach prostych i zwyczajnych. Gentleman zachwyca się starym burgundem, rozglądając się wkoło z niepokojem, czy wszyscy zauważyli jego wysublimowany smak; dandys wychyla kieliszek zwykłej wódki, czekając tylko na drwinę - biada temu, kto złapie się na tą przynętę. Wódka, pita przez owego gentlemana, byłaby prosta i wulgarna - sama osoba dandysa uwzniośla zaś nawet zwykłą wódkę. Gentleman staje się gentlemanem przez dworne i szlachetne postępowanie - dandys nadaje swemu postępowaniu rys dworności samym sobą.

Ernst Jünger w okopach Szampanii, pod Cambrai, czyta "Tristrama Shandy". Pod ogniem artylerii, w zabłoconym mundurze porucznika niemieckiej armii jest wyrafinowany tak samo, jak londyńscy dandysi z pamiętników Chateaubrianda. Dandys najczęściej jest wyjątkowo w jakimś kierunku utalentowany: może świetnie malować, pisać poezję, być zawołanym pijakiem, odważnym żołnierzem, świetnym jeźdźcem, lub wyjątkowym uwodzicielem - jednak niczego nie traktuje poważnie, profesjonalnie. Jeżeli dandys czymś się zajmuje, robi to bo lubi, nie zawodowo. Jünger jest świetnym żołnierzem, dowódcą szturmowej kompanii, ówczesnych komandosów, walczącym w linii, spełniającym zadania wymagającej szaleńczej odwagi i wyjątkowych kompetencji - i to kompetencji zarówno z zakresie dowodzenia i taktyki, jak i walki wręcz przy użyciu granatów, pistoletu i saperki.

30 października 2003, 00:08
A zatem pierwszy prawdziwy, nie "techniczny" wpis.
Joachim von Egern mnie wciąga. Widuję go czasem - szczupły, średniego wzrostu mężczyzna. Ma krzywe od siodła nogi i wyprostowaną, kawaleryjską sylwetkę. Płowe włosy, węgierski, wydatny nos, jasnoszare oczy. I gapi się na mnie.
Joachim von Egern jest tą częścią mnie, która czuwa, gdy zasypiam. Narodził się w moim śnie, którejś nocy, zanim jeszcze zapragnąłem o nim pisać. Na czele swoich ludzi wjechał do niewielkiego, zadbanego miasteczka o średniowiecznych uliczkach, z pelargoniami w oknach kamienic. Pickupy z karabinami maszynowymi na dachach pędziły polną drogą, ciągnąc za sobą tuman kurzu - strzelcy kaemów balansowali na pakach, jak surferzy na deskach. A potem Joachim postanowił oswoić mnie ze prawdziwym znaczeniem słowa "ja" - i zaczęło się dziać to, co opisałem, zmieniając półciężarówki na huzarskie konie, w opowiadaniu "Obłęd".
Joachim von Egern już na zawsze pozostanie ze mną - stoi bardzo blisko tej cieniutkiej linii, której nie chcę przekroczyć, tak blisko, że mogę go dotknąć. Gdy zasypiam, odrzucam to, co czyni ze mnie istotę ludzką - Joachim, nietzscheański trans-człowiek śmieje się z moich lęków. Oto człowiek - mówi, pogardliwie wskazując na mnie palcem. Gdyby mógł, spoliczkowałby mnie, śmiejąc się mojej bezsilności.
Ja jednak jestem wystarczająco blisko. Widzę jasne ślady, które łzy żłobią w jego pokrytej pyłem twarzy. Joachim jest wyrzutem sumienia za niepopełnione grzechy, których pragnę. Szatańsko usprawiedliwia również to małe zło, którego dopuszczam się każdego dnia.

Węgrzy, z barbarzyńskiego plemienia, stali się Europejczykami, dzięki prawemu okrucieństwu i słusznej bezwzględności Stefana. Jednak Stefan nie żyje. Joachim odrzuca warstwę łacińskiej kultury - strząsa z siebie gaje Akademosa, rzymskie fora, prawa salickie, chansons de geste, wszystko to, w co spowił stepowych jeźdźców ich władca. Każdy z nas jest Węgrem. Każdy z nas jest barbarzyńcą, obleczonym w cienkie szaty. Joachim przekracza linię - ja ciągle pielęgnuję ten mały wirydarz mojej łacińskości. Joachim nie jest jednak tępym zabijaką, odzianym w skóry rabusiem, pędzącym na swym małym koniu poprzez Europę. To byłoby zbyt proste, mury klasztoru łatwo sprostałby takiemu wyzwaniu. Joachim przyjął jako swoją całą cywilizację, by odrzucić z niej czynnik organizujący - dekalog. Joachim je, używając widelca i noża. Czule spogląda na obrazy Rembrandta. Włada ironią. Dlatego tak bardzo boję się tego młodego huzara, drzemiącego w mojej głowie. Joachim nie staje się politrukiem o brzydkich rękach, Joachim kusi jak najlepiej. Jego sylogizmy nie przypominają cepa, lecz wyrafinowaną szpadową fintę. Joachim pochyla się nad moim ramieniem.
Jestem pewien, że "Otchłań" to nie ostatni tekst, w którym Joachim do mnie przychodzi.
Roman Fedorowicz Ungern baron von SternbergCzytałem jakiś czas temu "Przez kraj zwierząt, bogów i ludzi" Ossendowskiego, jego ubarwioną paroma konfabulacjami relację z szalonej eskapady po Mongolii. Pojawia się tam znana postać, baron Roman Ungern von Sternberg. No i czy rudowłosy, szalony "Krwawy Baron", nurzający się w okrucieństwie niczym conradowski Kurtz, buddysta, samozwańczy chan, marzący o podboju Rosji, zajadły antybolszewik, ginący marną śmiercią od kuli sowieckiego plutonu egzekucyjnego w Irkucku nie jest podobny do Joachima? Rosjanin z lojalności, Kozak z wyboru, estoński niemiecko-węgierski arystokrata z pochodzenia, mongolski patriota z historii, pojmany przez sowieckich Mongołów Suche-Batora, zabity przez rosyjskich bolszewików.
Joachim jest moją ikoną dla idei, emanującej w całej historii.

29 października 2003, 23:40
Niniejszym rozpoczynam pisanie mojego dziennika.
Kilka zdań tytułem wyjaśnienia. Dziennik ten nie jest blogiem, gdyż sytuuje się na wygodnym dla mnie pograniczu intymności i publiczności. Adres tej strony przekazuję tylko znajomym, licząc na ich dyskrecję. Dziennik ten będzie rodzajem biuletynu o wąskim zakresie, obejmującym moich znajomych i przyjaciół.
Oczywiście z tego właśnie wynika ograniczona intymność tych zapisków - pewnien stopień intelektualnego i emocjonalnego ekshibicjonizmu konieczny jest, by podjąć w ogóle decyzję o prowadzeniu tego rodzaju dziennika. Jednak, ekshibicjonizm ten ma ściśle określone granice.
Nie będę z góry określał tematyki tych zapisków.